"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki królobójcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki królobójcy. Pokaż wszystkie posty
Muzyka milczącego świata Patrick Rothfuss

Muzyka milczącego świata Patrick Rothfuss

Ocena niższa, niż za Imię Wiatru, ale tylko dlatego, że bardziej wizjonersko - autorska, więc trudniejsza:-) Mimo tego, warta przeczytania, jeśli ktoś należy do fan clubu Kvothe'go...:-)

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Głęboko pod dnem rzeczy

Kiedy Auri obudziła się, wiedziała, że ma siedem dni.
Tak. Była tego całkiem pewna. On przyjdzie z wizytą siódmego dnia.
Dużo czasu. Dużo czekania. Ale nie tak dużo jak na to wszystko, co należało zrobić. Jeśli miała być skrupulatna. Jeśli chciała być gotowa.
Otworzywszy oczy, ujrzała słaby blask światła. Niezwykła rzecz, skoro była ukryta głęboko w Schronieniu, w jej najbardziej prywatnym miejscu. Był zatem jasny dzień. Pełnia dnia. Dzień znajdowania. Uśmiechnęła się, czując w piersiach buzujące podniecenie.
Światła było akurat tyle, żeby widziała blady kształt własnego ramienia, kiedy wymacała na półce przy łóżku buteleczkę z kroplomierzem. Odkręciła korek i upuściła kroplę na talerzyk Foxena. Chwilę później zaczął się jarzyć słabym błękitem.
Ostrożnie odrzuciła koc, tak żeby nie dotknął podłoża. Wysunęła się z łóżka i poczuła pod bosymi stopami ciepłą kamienną podłogę. Miednica stała na stole w pobliżu posłania, obok leżał płatek jej najrozkoszniejszego mydła. Żadna z tych rzeczy nie zmieniła się przez noc. To dobrze.
Upuściła kolejną kroplę bezpośrednio na Foxena. Zawahała się, skrzywiła, po czym odmierzyła trzecią kropelkę. Żadnych półśrodków w dzień znajdowania. Wzięła pled i złożyła go kilka razy, przytrzymując ostrożnie brodą, żeby nie zamiatać nim podłogi.

Światło Foxena jaśniało. Najpierw najzwyklejsze migotanie - pyłek, odległa gwiazda. Potem zaczął opalizować mocniej, jak świetlik. Jego blask nasilał się ciągle, aż cały pokrył się jego drżeniem. W końcu rozparł się dumnie na swoim talerzyku jak jasnoniebieski żarzący się węgiel, niewiele większy od monety.
Uśmiechnęła się do niego, podczas gdy on rozpalał się do największego natężenia, aż wypełnił całe Schronienie najprawdziwszym, najjaśniejszym białoniebieskim światłem.
Rozejrzała się. Zobaczyła swoje doskonałe łóżko. Idealne na jej wzrost. Dokładnie tak. Przyjrzała się krzesłu. Cedrowej skrzyni. Malutkiemu srebrnemu kubkowi.
Kominek był pusty. A ponad nim, na obramowaniu, jej żółty liść, kasetka z kamienia, słoik z szarego szkła z przyjemną wysuszoną lawendą. Nic nie było niczym innym. Nic nie było tym, czym nie powinno być.
Ze Schronienia prowadziły trzy drogi. Korytarz, wyjście i drzwi. Te ostatnie nie były dla niej.
Poszła wyjściem do Bramy. Foxen nadal spoczywał na talerzyku, tutaj więc jego światło było słabsze, ale widoczność wciąż wystarczająca. Brama nie była ostatnio zbyt uczęszczana, ale mimo to sprawdziła wszystko po kolei. Na stelażu do wina leżała połówka rozbitego porcelanowego talerza, nie grubszego od płatka kwiatu. Poniżej oprawiona w skórę książka in octavo, dwa korki, mały kłębek sznurka. Z boku czekała na niego delikatna biała filiżanka z cierpliwością, której Auri jej zazdrościła.
Na talerzu na półce ściennej leżała gruda żółtej żywicy. Czarny kamień. Szary kamień. Gładki, płaski kawałek drewna. Prócz tego wszystkiego stała tam malutka buteleczka z drucianym kabłąkowym zamknięciem, rozdziawionym jak wole głodnego ptaka.
Na środkowym stole, na czystej białej ściereczce leżała garść owoców ostrokrzewu. Auri przyglądała się im przez chwilę, a potem przeniosła je na półkę z książkami, na grzędę, do której lepiej pasowały. Rozejrzała się po pomieszczeniu i kiwnęła głową. Wszystko w porządku.
Znalazłszy się z powrotem w Schronieniu, umyła twarz, ręce i stopy. Wyśliznęła się z koszuli nocnej i złożoną umieściła w cedrowej skrzyni. Przeciągnęła się z rozkoszą, wyrzucając w górę ręce i stając na palcach.
Potem zanurkowała w ulubioną sukienkę, tę, którą jej podarował. Była miła w dotyku. Jej imię płonęło w niej jak ogień. Zapowiadał się pracowity dzień.
* * *
Wzięła Foxena i osłoniła dłonią. Przeszła przez Bramę, przemykając przez poszarpane pęknięcie w ścianie. Nie była to szeroka szczelina, ale Auri była tak szczupła, że prawie nie musiała się obrócić, żeby nie otrzeć się barkami o popękane kamienie. Nie było wcale ciasno.
Dychy były wysokim pomieszczeniem o prostych białych ścianach z dopasowanych kamieni. Było to miejsce pozbawione echa, z wyjątkiem jej stojącego zwierciadła. Ale dzisiaj było tu coś dodatkowego, najdelikatniejszy oddech słońca. Przenikało przez szczyt łukowatego wejścia, zawalonego szczątkami: połamanymi belkami i kamiennymi blokami. Ale tam, na samym szczycie, plama światła.
Auri stanęła przed lustrem i zdjęła szczotkę z włosia, która wisiała na jego ramie. Czesała skołtunione przez sen włosy, aż otoczyły ją, unosząc się jak obłok.
Zacisnęła dłoń wokół Foxena; i bez jego niebieskozielonego lśnienia pomieszczenie stało się czarne jak noc. Potem jej źrenice rozszerzyły się i widziała jedynie delikatną plamę wątłego ciepłego światła, wylewającego się spoza rumoszu wysoko nad jej głową. Bladozłoty blask schwytany przez jej bladozłote włosy. Auri uśmiechnęła się do siebie w zwierciadle. Wyglądała jak słońce.
Podniosła rękę, odsłoniła Foxena i czmychnęła szybko w rozciągający się labirynt Rubryk. Wystarczyła ledwie minuta starań, żeby odszukać miedzianą rurę, otuloną izolacją z materiału. Lecz znalezienie idealnego miejsca to jest sztuka, nieprawdaż? Niemal pół mili podążała za rurą przez okrągłe w przekroju tunele z czerwonej cegły, uważając, żeby nie zgubić jej wśród niezliczonych innych splątanych rur.
Potem, bez żadnego ostrzeżenia, rura zakręciła ostro i zanurkowała prosto w łukowatą ścianę, porzucając Auri. Nieuprzejmość. Było oczywiście mnóstwo innych rur, ale te cienkie blaszane nie miały żadnej izolacji. Te z polerowanej stali były zdecydowanie zbyt nowe. Żeliwne wykazywały taką ochotę, że to było aż żenujące, ale osłony miały z bawełny, a na takie kłopoty nie miała dzisiaj nastroju.
Zatem podążyła za grubą kamionkową rurą, która - mrucząc - biegła przed siebie. W końcu zagłębiła się w podłoże, ale tam, gdzie była zagięta, płócienna izolacja wisiała luźno, poszarpana jak koszula ulicznika. Auri uśmiechnęła się i odwinęła delikatnymi palcami pasek materiału, starając się bardzo, żeby go nie rozerwać.
W końcu odszedł cały. Doskonała rzecz. Przejrzysty fragment zieleniejącego płótna, długości jej ramienia. Był zmęczony, ale ochoczy, a gdy go złożyła, odwróciła się i puściła szaleńczym biegiem przez rozbrzmiewający echem Padół, a potem w dół i w głąb Tuzina.
Tuzin był jednym z nielicznych zmieniających się miejsc Podspodzia. Wystarczająco mądry, żeby być siebie świadomym, i dosyć śmiały, żeby być sobą, oraz nieokiełznany na tyle, żeby się zmieniać, pozostając zarazem całkiem prawdziwy. Był niemal wyjątkowy pod tym względem i chociaż nie zawsze bezpieczny czy miły, Auri nie potrafiła wyzbyć się czułości do niego.
Dzisiaj wysoka łukowata przestrzeń była właśnie taka, jakiej się spodziewała, jasna i ożywiona. Snopy słonecznego światła wpadały przez kraty w górze, wnikając w głąb wąskiej doliny ewoluującego miejsca. Światło przesączało się poza rury wspierające belki i krzepką, prostą linię drewnianego pomostu. Stłumiony odgłos ulicznego ruchu dryfował w dół, daleko w głąb poniżej dna rzeczy.
Usłyszała stukot kopyt na kamieniach bruku, ostry i dosadny, jak wyłamywanie kłykci. Usłyszała odległy turkot przejeżdżającego wozu i stłumione, zlewające się głosy. Przez to wszystko przewijał się przenikliwy płacz rozzłoszczonego niemowlęcia, bezskutecznie domagającego się cycka.
Dno Żółtego Tuzina zajmował wydłużony, głęboki staw o wodzie gładkiej jak szkło. Padające z góry światło było na tyle jasne, że Auri mogła dojrzeć drugi węzeł rur pod jej powierzchnią.
Miała już tutaj przygotowaną słomę i trzy butelki, czekające na wąskim kamiennym występie ściany. Spojrzawszy na nie, zmarszczyła brwi. Była tam zielona flaszka, brązowa oraz przezroczysta. Było też szerokie druciane zamknięcie, szara zakrętka i korek wielki jak pięść. Wszystkie miały rozmaite kształty i rozmiary, ale żadne nie było całkiem w porządku.
Zirytowana Auri wyrzuciła ręce w górę.
Pobiegła więc z powrotem do Schronienia, plaskając bosymi stopami o kamienie. Kiedy znalazła się na miejscu, spojrzała na szarą butelkę z lawendą. Podniosła ją, obejrzała uważnie, a potem odstawiła na właściwe miejsce, po czym ponownie stamtąd wybiegła.
Pognała przez Bramę, tym razem zamiast szczeliny w ścianie wybierając ukośne drzwi. Przecisnęła się przez Łoziny, a Foxen rzucał szaleńcze cienie na ściany. Kiedy biegła, włosy powiewały za nią niczym chorągiew (...)


***

Głęboko pod Uniwersytetem istnieje ciemne miejsce. Mało kto o nim wie; to sieć potrzaskanych starożytnych korytarzy i opuszczonych pomieszczeń. W sercu tej zapomnianej przestrzeni mieszka młoda kobieta, która usunęła się w głąb rozległych tuneli Podspodzia. Ma na imię Auri i jest pełna tajemnic.


Muzyka milczącego świata to krótki, słodko-gorzki epizod z życia Auri, jej niewielka przygoda. Jednocześnie radosna i osaczająca, opowieść ofiarowuje szansę ujrzenia świata oczami bohaterki. Daje czytelnikowi okazję poznania spraw, o jakich wie tylko ona.


Cykl: Kroniki królobójcy (tom 2.5)



  



ZGARNIJ EBOOKA Z 


Strach mędrca. Część 2 Patrick Rothfuss

Strach mędrca. Część 2 Patrick Rothfuss

Jak wcześniej...:-) 
Choć wspomnę o zakończeniu - "back to basis" bardzo obiecująco wróży nam kolejną część...:-)!


MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Rozdział 75

Uczestnicy

W czasie kilku następnych godzin wędrówki zrobiłem co mogłem, by poznać dragonów, którymi Alveron obarczył mój grzbiet. Mówię w przenośni, rzecz prosta, gdyż wśród nich była kobieta, a wszyscy szliśmy pieszo.
Tempi pierwszy zwrócił na siebie moje spojrzenie i najdłużej je zatrzymał, gdyż był pierwszym ademskim najemnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. W ogóle nie przypominał imponującego zabójcy o twardym wzroku, jakiego się spodziewałem. Tempi był raczej nijaki – ani szczególnie wysoki, ani mocno zbudowany. Miał jasną skórę, jasne włosy i bladoszare oczy. Oblicze puste jak niezapisana karta papieru. Dziwnie puste. Wystudiowanie puste.
Wiedziałem, że ademscy najemnicy noszą krwistoczerwone szaty jako swego rodzaju oznakę, ale strój Tempiego był inny od tego, jakiego się spodziewałem.
Koszulę miał ciasno opiętą na tułowiu za sprawą mnóstwa miękkich skórzanych pasków; także jego spodnie były ściągnięte ciasno na udach, łydkach i w kolanach. Wszystko było ufarbowane na tę samą jaskrawokrwistą czerwień i pasowało na niego jak ulał.
Kiedy zrobiło się cieplej, zauważyłem, że zaczął się pocić. Po chłodnym, rozrzedzonym powietrzu Stormwal tutejszy klimat musiał być dla niego nadzwyczaj gorący. Godzinę przed południem Adem rozluźnił skórzane paski koszuli i zdjął ją, po czym użył jej do wytarcia twarzy i barków. Wyglądało na to, że w najmniejszym stopniu nie jest skrępowany wędrowaniem półnago królewskim traktem.
Karnację Tempi miał tak jasną, że niemal barwy śmietany, a ciało chude i szczupłe jak psa gończego; mięśnie poruszały się pod skórą ze zwierzęcą gracją. Próbowałem nie gapić się na niego, ale nie mogłem się powstrzymać od zerkania na cienkie, blade blizny znaczące jego ramiona, klatkę piersiową i plecy.
Ani jednym słowem nie poskarżył się na panujący upał. W ogóle słowa z jego strony należały do rzadkości, a na większość pytań odpowiadał skinieniem lub kręceniem głowy. Niósł worek podróżny podobny do mojego, a jego miecz wydawał się krótki i niezbyt imponujący.
Dedan różnił się od Tempiego tak bardzo, jak tylko jeden człowiek może się różnić od drugiego. Był wysoki, szeroki w barach, o byczym karku. Niósł ciężki miecz, długi nóż i ubrany był w niepasujące do siebie elementy często naprawianej skórzanej zbroi tak twardej, że dało się w nią postukać. Wyglądał wypisz, wymaluj jak strażnik karawany.
Jadł najwięcej, narzekał najwięcej i klął najwięcej, a oporny był bardziej niż gruba dębowa decha. Żeby być jednak szczerym, miał przyjazną naturę i był skory do śmiechu. Skłaniałem się do tego, by ze względu na maniery i rozmiary uważać go za głupca, ale Dedan miał bystry rozum, kiedy chciało mu się go używać.
Hespe była najemniczką. Nie takie znowu rzadkie stworzenie, jak niektórzy ludziska uważają. Gdy chodzi o wygląd i ekwipunek, była niemal zwierciadlanym odbiciem Dedana. Skóra, ciężki miecz, aura wskazująca na przebyte życiowe burze i postawa znawczyni świata. Hespe była szeroka w ramionach, miała silne ręce i dumną twarz o szczęce jak pustak. Delikatne blond włosy, ale obcięte krótko, po męsku.
Jednak postrzeganie jej jako kobiecej wersji Dedana było błędem. Hespe okazywała powściągliwość w takim samym stopniu, w jakim Dedan się popisywał. I podczas gdy ten ostatni był dobroduszny, kiedy się nie złościł, Hespe miała w sobie pewną ostrość, jakby nieustannie spodziewała się kłopotów.
Tropiciel Marten był najstarszy z nas wszystkich. Nosił niewiele skór, za to bardziej miękkich i zadbanych niż Dedana i Hespe. Miał długi nóż, krótki nóż i łuk myśliwski.
Pracował jako łowczy, zanim wypadł z łask barona, którego lasami się opiekował. W porównaniu z tym zajęcie najemnika było kiepską robotą, ale pozwalało mu zarobić na chleb. Jego łucznicze umiejętności mogły się przydać, choć fizycznie daleko mu było do Dedana czy Hespe.
Cała trójka weszła kilka miesięcy temu w luźną spółkę i od tamtej pory Marten proponował ich usługi jako grupy. Powiedział mi, że wykonywali już różne zadania dla maera, z których ostatnim był rozpoznawczy wypad na tereny otaczające Tinuë.
Dziesięć minut zajęło mi zrozumienie, że to Marten powinien dowodzić wyprawą. Miał więcej leśnego doświadczenia od nas wszystkich, a raz czy dwa tropił nawet ludzi, za których schwytanie wyznaczono nagrody. Kiedy o tym wspomniałem, pokręcił głową, uśmiechnął się i powiedział, że być zdolnym do zrobienia czegoś a chcieć to zrobić, to dwie zupełnie różne rzeczy.
Ostatni byłem ja, ich nieustraszony przywódca. Polecający list maera przedstawiał mnie jako: „wyróżniającego się młodego człowieka o porządnym wykształceniu i rozmaitych użytecznych cechach”. Chociaż wszystko to było absolutnie prawdziwe, jednocześnie odmalowywało mnie jako najżałośniej bezużytecznego dworskiego fircyka na świecie. W dodatku byłem młodszy od nich wszystkich i nosiłem strój bardziej odpowiedni na proszony obiad niż do podróży. Niosłem lutnię i sakiewkę maera. Nie miałem zbroi, miecza ani noża.
Nie wątpię, że nie bardzo wiedzieli, co ze mną począć.

Pozostała jakaś godzina do zachodu słońca, kiedy spotkaliśmy na drodze druciarza. Miał na sobie tradycyjną brązową szatę związaną w pasie kawałkiem sznura. Nie miał wózka, ale prowadził osła tak obładowanego tobołkami rupieci, że zwierzę wyglądało jak grzyb.
Druciarz szedł ku nam wolno i śpiewał:

Jeśli nie chcesz nic naprawić i nie trza zrobić nic,
To mądry człowiek wciąż widzi okazję,
by wydać pieniądz w mig.
Ciesz się blaskiem słońca
I chociaż możesz dobrze się czuć,
to pożałujesz, jeśli teraz nie staniesz.
Lepiej po prostu zapłacić,
Na deszczowy dzień gotowym być,
Niźli wspominać druciarza, gdy leje ci się na łeb.

Roześmiałem się i zaklaskałem. Prawdziwi wędrowni druciarze to rzadkie ptaki i zawsze z przyjemnością witam takiego. Matka mówiła mi, że przynoszą szczęście, a ojciec cenił ich za roznoszenie wieści. A ponieważ rozpaczliwie potrzebowałem kilku przedmiotów, spotkanie miałem za po trzykroć błogosławione.
– Hej, druciarzu! – powitał go Dedan, uśmiechając się. – Potrzeba mi miejsca przy ogniu i napitku. Jak daleko do najbliższej gospody?
Druciarz wskazał w stronę, z której nadszedł.
– Nie ma nawet dwudziestu minut. – Zerknął na Dedana. – Nie możesz mi jednak powiedzieć, że nie potrzebujesz niczego więcej – upomniał go. – Każdemu czegoś brakuje.
Dedan zaprzeczył uprzejmym ruchem głowy.
– Musisz mi wybaczyć, druciarzu. Moja sakiewka świeci pustkami.
– A co z tobą? – Druciarz obrzucił mnie spojrzeniem od stóp do głów. – Ty wyglądasz na chłopaka, który czegoś potrzebuje.
– Istotnie – przyznałem, a widząc, że inni spoglądają tęsknie przed siebie, skinąłem im ręką. – Idźcie – powiedziałem. – Dogonię was za kilka minut.
Kiedy odeszli, druciarz zatarł dłonie i uśmiechnął się.
– Dobra, czego potrzebujesz?
– Na początek nieco soli.
– I pojemnik na nią – powiedział i zaczął przetrząsać juki osła.
– Przydałby mi się także nóż, jeśli masz jakiś niezbyt drogi.
– Zwłaszcza jeśli zmierzasz na północ – rzekł bez wahania. – W tamtych stronach jest niebezpiecznie. Nie byłoby dobrze zostać bez noża.
– Miałeś jakieś kłopoty? – zapytałem z nadzieją, że wie coś, co pomoże znaleźć bandytów.
– Och, nie – odparł, kopiąc w bagażach. – Nie jest jeszcze tak źle, żeby komukolwiek przychodziło do głowy porywać się na druciarza. Ale i tak to nieprzyjemny odcinek drogi. – Znalazł długi, wąski nóż w skórzanej pochwie i wręczył mi go. – Ramstońska stal.
Wyjąłem nóż z pochwy i przyjrzałem mu się dokładnie. Rzeczywiście – ramstońska stal.
– Nie potrzebuję niczego tak wspaniałego – powiedziałem, oddając mu go. – Będę go używał do wszystkiego, głównie do jedzenia.
– Ramstońska stal jest bardzo dobra do codziennego użytku – odparł druciarz, wpychając nóż z powrotem w moje dłonie. – Możesz łupać nim drewno na rozpałkę, a potem się ogolić, jeśli chcesz. Nigdy nie traci ostrości.
– Mogę go poddać ciężkim próbom – sprecyzowałem. – A ramstońska stal jest krucha.
– To prawda – przyznał druciarz swobodnie. – Jak mawiał mój ojciec, „to najlepszy nóż, jaki możesz mieć, póki nie pęknie”. To samo można jednak powiedzieć o każdym nożu. A żeby być szczerym, to jedyny nóż, jaki mam.
Westchnąłem. Wiem, kiedy się zdziera ze mnie skórę.
– Krzesiwo i hubkę.
Trzymał je już w dłoni, zanim skończyłem mówić.
– Nie mogłem nie zauważyć, że masz palce poplamione inkaustem. – Wykonał gest w stronę moich dłoni. – Mam ze sobą trochę papieru dobrej jakości. Także pióro i atrament. Nie ma nic gorszego, jak wpaść na pomysł pieśni i nie mieć na czym go zapisać. – Wyciągnął skórzaną teczkę z papierem, piórami i kałamarzem.
Pokręciłem głową, mając świadomość, że sakiewka maera nie jest bez dna.
– Sądzę, że na jakiś czas skończyłem z pisaniem pieśni, druciarzu.
Wzruszył ramionami, nadal trzymając przybory.
– Do pisania listów. Znam faceta, który otworzył sobie kiedyś żyły, by napisać list do ukochanej. Prawda, dramatyczne. Z pewnością symboliczne. Ale także bolesne, niehigieniczne i dosyć makabryczne. Teraz zawsze nosi ze sobą atrament i pióro.
Poczułem, że blednę, gdyż słowa druciarza przywiodły mi na myśl jeszcze jedną sprawę, o jakiej zapomniałem, pośpiesznie opuszczając Severen: o Dennie. Wszystkie myśli o niej wyparło mi z głowy gadanie maera o bandytach, dwie butelki mocnego wina i nieprzespana noc. Po kłótni z dziewczyną odszedłem bez słowa. Co sobie pomyśli, skoro przemówiłem do niej tak szorstko, a potem zniknąłem?
Byłem już cały dzień drogi od Severen. Nie mogłem wrócić, żeby powiedzieć Dennie, że wyjeżdżam. A może mogłem? Zastanawiałem się nad tym przez chwilę. Nie. Poza tym ona sama znikała na całe dnie bez słowa. Zrozumiałaby z pewnością, gdybym postąpił tak samo…
Głupi. Głupi. Głupi. Myśli wirowały mi w głowie, kiedy próbowałem rozważyć kilka nieprzyjemnych opcji.
Chrapliwe iiiiha osła przywiodło mi coś na myśl.
– Zmierzasz do Severen, druciarzu?
– Bardziej przez miasto niźli do niego – odparł. – Ale tak.
– Właśnie sobie przypomniałem, że muszę wysłać list. Jeśli ci go dam, dostarczysz go do wskazanej gospody?
Skinął wolno głową.
– Mógłbym – przystał. – Zakładając, że będziesz potrzebował papieru i inkaustu… – Uśmiechnął się i pomachał swoją teczką.
Skrzywiłem się.
– Owszem, druciarzu – przyznałem. – Ale ile to wszystko będzie kosztowało?
Spojrzał na zgromadzone przedmioty.
– Sól i pojemnik… cztery sztuki. Nóż… piętnaście. Papier, pióra i atrament… osiemnaście sztuk. Krzesiwo i hubka… trzy.
– I dostarczenie listu – podpowiedziałem.
– Pilne dostarczenie – sprostował druciarz z nieznacznym uśmiechem. – Damie, jeśli nie myli mnie wyraz twojej twarzy.
Skinąłem głową.
– Dobra – rzekł i pomasował sobie podbródek. – Zwykle doszedłbym do trzydziestu pięciu, a potem nieśpiesznie bym się targował, aż zbiłbyś cenę do trzydziestu.
Kwota brzmiała rozsądnie, jeśli zważyć, jak trudno było o dobry papier. Niemniej stanowiło to niemal jedną trzecią pieniędzy otrzymanych od maera. Będziemy potrzebowali tej forsy na spanie i jedzenie.
Zanim zdążyłem zareagować, druciarz mówił dalej:
– Mogę jednak powiedzieć, że to zbyt wiele, żeby ci odpowiadało – stwierdził. – I mam nadzieję, że nie okażę się zbyt bezpośredni, mówiąc, iż nosisz wspaniałą opończę. Zawsze jestem gotów się wymienić.
Zakłopotany otuliłem się ciaśniej moją cudowną bordową opończą.
– Sądzę, że byłbym gotów ją oddać – rzekłem, nie musząc wcale udawać żalu brzmiącego w głosie – ale zostanę bez jakiegokolwiek okrycia. Co zrobię na wypadek deszczu?
– Nie ma problemu – odparł druciarz. Wyjął z bagażu zmiętą szatę i wyciągnął, bym się jej przyjrzał. Kiedyś była czarna, ale na skutek długiego używania i wielokrotnego prania spłowiała do ciemnozielonkawej barwy.
– Jest trochę znoszona – powiedziałem i wyciągnąłem palec, by wskazać prujący się szew.
– Tylko przetarty, to wszystko – powiedział lekko i rozpostarł okrycie na moich barkach. – Dobrze pasuje. Odpowiedni kolor dla ciebie, podkreśla barwę oczu. Poza tym w związku z bandytami na drogach nie chciałbyś wyglądać zbyt zamożnie.
Westchnąłem.
– Co mi dasz w zamian? – zapytałem, wręczając mu moją piękną opończę. – Ten strój nie ma nawet miesiąca, uważasz, i nigdy nie widział kropli deszczu.
Druciarz przeciągnął dłonią po okryciu.
– Ma mnóstwo małych kieszeni! – pochwalił z podziwem. – To wręcz cudowne!
Potarłem w palcach cienką tkaninę opończy druciarza.
– Jeśli dorzucisz igłę z nitką, wymienię moją opończę za resztę rzeczy – powiedziałem tknięty nagłym impulsem. – Poza tym dam ci żelazny grosz, miedziany grosz i srebrny grosz.
Uśmiechnąłem się. Były to psie pieniądze, ale o to proszą w opowieściach wszyscy druciarze, kiedy przekazują legendarny magiczny artefakt niepodejrzewającemu niczego synowi wdowy, kiedy ten odchodzi, by szukać szczęścia w świecie.
Druciarz odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem.
– Miałem zaproponować dokładnie to samo – powiedział. Potem przerzucił sobie moją opończę przez ramię i mocno uścisnął mi dłoń.
Pogrzebałem w sakiewce i wręczyłem mu żelaznego denara i dwa vintańskie półgrosze, po czym znalazłem, ku memu miłemu zaskoczeniu, twardy aturański grosz. Z tym ostatnim poszczęściło mi się, gdyż był wart jedynie ułamek vintańskiego srebrnego randa. Opróżniłem tuzin kieszeni bordowej opończy, przełożyłem wszystko do podróżnego worka i odebrałem od druciarza nowe nabytki.
Dokonawszy tego, napisałem do Denny krótki list, w którym wyjaśniłem, że mój mecenas wysłał mnie nieoczekiwanie w podróż. Przeprosiłem za nierozważne opinie, jakie wyraziłem, i obiecałem, że spotkam się z nią, gdy tylko wrócę do Severen. Chciałbym mieć więcej czasu na napisanie tego listu. Chciałbym móc przeprosić ją w subtelniejszych słowach, wyjaśnić wszystko bardziej szczegółowo, ale druciarz skończył pakować moją cudowną opończę i wyraźnie się palił do drogi.
Nie mając wosku, by zapieczętować list, posłużyłem się sztuczką, którą wymyśliłem podczas pisania liścików w imieniu maera. Złożyłem papier na pół, a potem podwinąłem jego końce w taki sposób, że ponowne rozłożenie wymagałoby rozerwania go.
Wręczyłem list druciarzowi.

– To jest dla pięknej, ciemnowłosej kobiety imieniem Denna. Mieszka pod „Czterema Ogarkami” w Dolnym Severen.
– Przypomniałeś mi! – wykrzyknął druciarz, wsuwając pismo do kieszeni. – Świece! – Sięgnął do torby przy siodle, skąd wyjął garść grubych, łojowych świeczek. – Wszyscy potrzebują świec.
Zabawne było, że mogłem ich użyć, chociaż nie z powodów, o jakich myślał.
– Mam także wosk do polerowania butów – ciągnął, grzebiąc w tobołkach. – Sporo pada o tej porze roku.
Śmiejąc się, podniosłem dłonie.
– Dam ci sztukę srebra za cztery świece, ale nie mogę sobie pozwolić na nic więcej. Jeśli dalej tak pójdzie, będę musiał kupić od ciebie osła, żeby niósł moje nabytki.
– Rób, jak uważasz – powiedział druciarz ze swobodnym wzruszeniem ramion. – Miło się robi z tobą interesy, paniczu (...)


***

Drugi tom długo wyczekiwanej kontynuacji Kronik Królobójcy.


Dzień drugi chyli się ku zachodowi. Kvothe powoli ujawnia, jak rodziła się jego legenda. Czy możliwe jest, by rozmawiał z istotą, która dzięki swojemu jasnowidzeniu doprowadza ludzi do obłędu? Ile zaś prawdy może być w tym, że w tak młodym wieku spędził wiele nocy z Felurianą, której sztuka miłosna pozbawiła już życia rzesze mężczyzn?

Utalentowany arkanista i bard nie ustaje w staraniach pozyskania mecenasa, którego opieka pozwoliłaby mu na dostatnie życie. Przy tym bez wytchnienia poszukuje śladów Chandrian, choć w powodzenie tego zadania wątpi coraz bardziej. Jego ostatnią nadzieją okazuje się przemierzenie odległych ziem Ademre. Pomocne w podróży okazują się lekceważone dotychczas zajęcia z Elodinem, dzięki którym rozbudził uśpioną dotąd część swojego umysłu.

Podczas gdy bohater dzieli się z Kronikarzem swoją przeszłością, ponura przyszłość nabiera kształtu tuż za drzwiami jego karczmy.

"Kroniki królobójcy", akt drugi, scena druga!

"Niezwykle płynna i liryczna, niczym pieśń grającego na lutni poszukiwacza przygód i arkanisty Kvothe'a, kontynuacja debiutu z 2007 roku zatytułowanego Imię wiatru to szczytowe osiągnięcie gatunku fantasy. W tej zapierającej dech w piersi epickiej historii, zdolnej w najczulszych momentach rozdzierać serca, autor osiąga narracyjne mistrzostwo. Fani jak na szpilkach będą oczekiwali ostatniego fragmentu opowieści".
"Publishers Weekly"


Cykl: Kroniki królobójcy (tom 2.2) 






ZGARNIJ EBOOKA Z

Strach mędrca. Część 1 Patrick Rothfuss

Strach mędrca. Część 1 Patrick Rothfuss

Nie komentuję - po prostu ciąg dalszy fantazyjnej ekstazy...:-) Mega wysoki poziom i magiczny klimat nadal utrzymany!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Prolog

Cisza na trzy instrumenty

Nadchodził świt. Karczmę „Ostaniec” spowijała cisza, i była to cisza rozpisana na trzy instrumenty.
Najbardziej oczywiste było przepastne, dudniące pustką echo wywołane przez to, czego brakowało. Gdyby srożyła się burza, krople deszczu spadałyby i bębniły na pnączach selas za gospodą. Grom zamruczałby, przetoczył się i pognał ciszę wzdłuż drogi niczym opadłe jesienne liście. Gdyby w pokojach wiercili się podróżni, rozciągnęliby ciszę, przeganiając ją pomrukami jak na wpół zapomniane, rwące się sny. Gdyby grała muzyka… ale nie, oczywiście, że nie było żadnej muzyki. Tak naprawdę nic z tego nie miało miejsca, w związku z czym cisza trwała.
Wewnątrz „Ostańca” ciemnowłosy mężczyzna uchylił tylne drzwi i zamknął je za sobą. Poruszając się w absolutnej ciemności, przeszedł chyłkiem przez kuchnię, potem przez salę szynku i zszedł po piwnicznych schodach. Ze swobodą wynikającą z długiego doświadczenia omijał luźne deski, które mogłyby skrzypnąć pod jego ciężarem. Każdemu krokowi po podłodze odpowiadał jedynie ledwo słyszalny stuk. Mężczyzna, postępując tak, dodawał swoją małą, ukradkową ciszę do tej głębszej, dudniącej echem. Razem tworzyły swego rodzaju amalgamat, kontrapunkt.
Trzeciej ciszy nie dawało się łatwo uchwycić. Gdyby słuchać wystarczająco długo, można by ją zacząć wyczuwać w chłodzie szyb okiennych i gładkim tynku ścian pokoju oberżysty. Kryła się w wielkiej skrzyni w nogach twardego i wąskiego łóżka. I w dłoniach leżącego na nim nieruchomo mężczyzny, wyczekującego pierwszych bladych oznak jaśniejącego świtu.
Miał ogniście rude włosy. Oczy ciemne i zapatrzone w dal, i spowijała go aura rezygnacji charakterystyczna dla człowieka, który dawno temu porzucił wszelką nadzieję na sen.

„Ostaniec” należał do niego, tak jak i trzeci rodzaj ciszy. To było właściwe, gdyż ze wszystkich trzech była to najgłębsza cisza, obejmująca dwie pozostałe. Była przepastna i rozległa jak schyłek jesieni. Ciężka niczym ogromny rzeczny otoczak. Był to cierpliwy, przekwitły oddech człowieka czekającego na śmierć.

Rozdział 1

Jabłko i czarny bez

Bast, znudzony, opierał się niedbale o długi mahoniowy bar.
Rozejrzał się po pustym pomieszczeniu, westchnął i przez chwilę gmerał wokół siebie, póki nie znalazł czystej lnianej szmatki. Potem, z rezygnacją w oczach, zabrał się do polerowania kontuaru.
Po chwili schylił się i zerknął zezem na jakąś ledwo widoczną plamkę. Poskrobał ją i zmarszczył brwi na widok tłustej smugi, pozostawionej przez jego palec. Pochylił się niżej, chuchnął na blat baru i potarł energicznie. Zawahał się, jeszcze raz chuchnął mocno i napisał na zaparowanym drewnie nieprzyzwoite słowo.
Odrzuciwszy szmatkę, Bast minął wolne stoliki i krzesła i podszedł do szerokich okien oberży. Stał tam dłuższą chwilę i patrzył na gruntową drogę, biegnącą środkiem miasteczka.
Westchnął ponownie i zaczął chodzić po pomieszczeniu. Poruszał się z niedbałą gracją tancerza, doskonałą nonszalancją kota. Kiedy jednak przeczesał dłońmi ciemne włosy, gest był pełen niepokoju. Niebieskie oczy biegały bez końca po izbie, jakby poszukiwały drogi ucieczki. Jakby szukały czegoś, czego nie widziałyby już setki razy.
Nie było tam jednak niczego nowego. Puste stoły i niezajęte krzesła. Wolne stołki przy barze. Na blacie za kontuarem majaczyły dwie olbrzymie beczki, jedna na whisky, druga na piwo. Między nimi obszerna kolekcja butelek – wszelkie kształty i kolory. Nad flaszkami wisiał miecz.
Wzrok Basta ponownie padł na butelki. Mężczyzna skupił na nich uwagę na długą, pełną namysłu chwilę, a potem poszedł za bar, skąd przyniósł ciężki gliniany kufel.
Wziąwszy głęboki wdech, wycelował palec w pierwszą flaszkę w dolnym rzędzie i śpiewnie zaczął recytować pod nosem wyliczankę.

Klon. Gaik malowany.
Łap i bierz.
Popiół i żar.
Czarny bez.

Skończył nucić, wskazując palcem przycupniętą, zieloną flaszkę. Wykręcił z niej korek, wziął na próbę łyk, po czym skrzywił się i wzdrygnął. Odstawił szybko butelkę, a zamiast niej podniósł czerwoną i obłą. Z niej także pociągnął łyk, potarł z namysłem jedną wargą o drugą, skinął głową i chlupnął szczodrą porcję do swego kufla.

Wełniana. Kobieta.
Nocny księżyc.
Okno. Wierzba.
Światło świec.

Tym razem wypadło na przejrzystą butelkę, zawierającą alkohol żółtego koloru. Bast wyszarpnął korek i chlusnął zdrowo do kufla, nie zawracając sobie głowy próbowaniem. Odstawiając flaszkę, podniósł kubek i zakręcił nim teatralnie w powietrzu, po czym pociągnął długi łyk. Uśmiechnął się promiennie, pstryknął palcem w butelkę, aż zadźwięczała cicho, i podjął swoją melorecytację.

Beczka. Jęczmień.
Kamień i klepka.
Wiatr i woda…

Skrzypnęła deska podłogi, Bast podniósł wzrok, uśmiechając się pogodnie.
– Dzień dobry, Reshi.
Rudowłosy oberżysta stał u podnóża schodów. Dłońmi o wysmukłych palcach przeciągnął po czystym fartuchu z długimi rękawami.
– Czy nasz gość już się obudził?
Bast pokręcił głową.
– Ni słychu, ni dychu.
– Przeżył parę ciężkich dni – rzekł Kote. – Prawdopodobnie dopadło go to. – Zawahał się, po czym podniósł głowę i poniuchał. – Piłeś? – Pytanie wyrażało raczej ciekawość niż oskarżenie.
– Nie – odparł Bast.
Karczmarz uniósł brew.
– Smakowałem – powiedział Bast z naciskiem. – Smakowanie poprzedza picie.
– Aha – rzekł karczmarz. – Sposobiłeś się zatem do picia, co?
– Mali bogowie, tak – odparł Bast. – I to ostrego. Co innego można tutaj robić, do diabła? – Wyjął spod baru kufel i zajrzał do niego. – Liczyłem na czarny bez, ale zamiast tego dostało mi się coś o smaku melona. – W zamyśleniu zakręcił naczyniem. – Cynamon? – zapytał, spoglądając na rząd butelek. – Czy my w ogóle mamy jeszcze czarny bez?
– Jest tam gdzieś – powiedział oberżysta, nie zadając sobie trudu, by spojrzeć na flaszki. – Przestań na chwilę gadać i posłuchaj mnie, Bast. Musimy porozmawiać o tym, co zrobiłeś zeszłej nocy.
Bast zamarł.
– A co zrobiłem, Reshi?
– Powstrzymałeś to stworzenie z Mael – przypomniał Kote.
– Och. – Bast się odprężył. – Tylko je spowolniłem, Reshi, to wszystko.
Kote pokręcił głową.
– Zrozumiałeś, że to nie jest żaden szaleniec. Usiłowałeś nas ostrzec. Gdybyś nie był taki rączy w biegu…
Bast się nachmurzył.
– Nie byłem dość szybki, Kote. Dopadł Shepa. – Spojrzał na wyszorowane porządnie deski podłogi obok baru. – Lubiłem go.
– Wszyscy inni będą uważać, że to czeladnik kowalski nas ocalił – powiedział Kote. – Przypuszczalnie tak będzie najlepiej. Ale ja znam prawdę. Gdyby nie ty, to stworzenie zarżnęłoby nas wszystkich.
– Och, Reshi, to nieprawda – zaoponował Bast. – Zabiłbyś je jak kurczaka. Ja tylko pierwszy je dopadłem.
Oberżysta zbył ten argument wzruszeniem ramion.
– Wypadki zeszłej nocy zmusiły mnie do namysłu – powiedział. – Do zastanowienia się, co moglibyśmy uczynić dla poprawienia bezpieczeństwa w okolicy. Słyszałeś kiedykolwiek Polowanie Białych Jeźdźców?
Bast uśmiechnął się.
– To była nasza pieśń, zanim jeszcze stała się twoją, Reshi.
Zaczerpnął tchu i zaśpiewał przyjemnym dla ucha tenorem:

Koni białych jak śnieg dosiadali,
Srebrne ostrze i z białego rogu łuk.
Świeże i wiotkie gałązki nad czołami nosili,
Czerwono-zielony buk.

Karczmarz skinął głową.
– Właśnie tę zwrotkę miałem na myśli. Mógłbyś tego dopilnować, podczas gdy ja zajmę się przygotowaniami?

Bast skinął z entuzjazmem głową i praktycznie wyprysnął ze swojego miejsca, po czym zatrzymał się tuż za kuchennymi drzwiami.
– Nie zaczniesz beze mnie? – zapytał niespokojnie.
– Zaczniemy, gdy tylko nasz gość będzie nakarmiony i gotowy – odparł Kote. Widząc jednak minę swego młodego ucznia, ustąpił nieco. – W związku z tym wyobrażam sobie, że masz godzinę lub dwie.
Bast zerknął za drzwi i obejrzał się ponownie.
Na twarzy karczmarza zamigotało rozbawienie.
– A jeśli cię tutaj nie będzie, zawołam cię, zanim zaczniemy. – Ręką wykonał ruch, jakby strzelał. – Idź już.

Mężczyzna, który sam siebie nazywał Kote, zajął się swoimi rutynowymi czynnościami w oberży „Ostaniec”. Poruszał się niczym werk zegarka, jak wóz toczący się drogą o dobrze wyżłobionych koleinach.
Na pierwszy ogień poszedł chleb. Kote wymieszał dłońmi mąkę z cukrem i solą, nie przejmując się odmierzaniem składników. Dołożył nieco zaczynu z glinianego dzbanka w spiżarni, ugniótł ciasto, potem uformował bochenki i zostawił je, by wyrosły. Wybrał popiół z pieca w kuchni i rozniecił ogień.
Później ruszył do ogólnej izby i rozpalił ogień w czarnym kamiennym kominku, wymiótłszy popiół z obszernego paleniska pod północną ścianą. Napompował wody, umył ręce i przyniósł z piwnicy kawałek baraniny. Naciął świeżych szczapek na rozpałkę, przyniósł drewno, poklepał rosnący chleb i przysunął go bliżej ciepłego już pieca.
I wtedy, niespodziewanie, nie było już nic więcej do roboty. Wszystko było gotowe. Czyste i uporządkowane. Rudowłosy mężczyzna stał za kontuarem, jego nieobecne spojrzenie wracało z wolna do tu i teraz, skupiając się na samej oberży.
Wzrok Kote’a spoczął na mieczu, wiszącym na ścianie nad butelkami. Nie był to jakiś szczególnie piękny egzemplarz oręża, niezbyt zdobny ani przyciągający spojrzenie. Był w pewien sposób groźny. Tak jak niebezpieczne jest wysokie urwisko. Był szary, nieskalany i zimny w dotyku. Ostry jak odłamek szkła. W czarnym drewnie mocującej go deski wyrżnięto pojedyncze słowo: Szaleństwo.
Karczmarz usłyszał ciężkie kroki na drewnianym podeście na zewnątrz. Skobel drzwi zagrzechotał hałaśliwie, po czym dało się słyszeć głośne „Halooo” i walenie w drzwi.
– Chwileczkę! – zawołał Kote.
Pośpieszywszy do frontowego wejścia, przekręcił ciężki klucz w lśniącym, mosiężnym zamku.
Graham stał, unosząc grubą rękę w geście pukania. Na widok oberżysty jego zniszczoną twarz przeciął na dwoje uśmiech.
– Bast jak zwykle otwiera za ciebie? – zapytał.
Kote uśmiechnął się wyrozumiale.
– To dobry chłopak – powiedział Graham. – Tylko nieco rozdygotany. Myślałem, że możesz mieć dzisiaj zamknięte. – Odchrząknął i zerknął na swoje stopy. – Zważywszy na wczorajsze, nie byłbym zaskoczony.
Kote włożył klucz do kieszeni.
– Otwarte, jak zawsze. Co mogę dla ciebie zrobić?
Graham odstąpił od drzwi i kiwnął głową w stronę ulicy, gdzie na stojącym w pobliżu wozie znajdowały się trzy beczki – nowe, z jasnego polerowanego drewna, opasane metalowymi obręczami.
– Zeszłej nocy wiedziałem, że nie zasnę, więc zbiłem dla ciebie ostatnią. Poza tym słyszałem, że Bentonowie wpadną tu dzisiaj z pierwszymi zimowymi jabłkami.
– Jestem ci wdzięczny.
– Dobre i szczelne, więc przetrzymają zimę. – Graham podszedł do beczek i postukał z dumą kłykciami w bok jednej z nich. – Nie ma nic lepszego ponad zimowe jabłko, żeby zapić głód. – Podniósł wzrok z błyskiem w oku i ponownie postukał w bok beczki. – Zapić? Kapujesz?
Kote jęknął z cicha, masując twarz.
Graham zachichotał i przesunął dłonią po jasnych metalowych obejmach.
– Nigdy dotąd nie zrobiłem beczki z mosiężnymi obręczami, ale te wyszły nieźle. Najlepiej, jak tylko mogłem się spodziewać. Daj mi znać, gdyby się rozszczelniły. Zajmę się tym.
– Cieszę się, że to nie było zbyt kłopotliwe – powiedział karczmarz. – Piwnica zawilgła. Obawiam się, że żelazo zardzewiałoby w ciągu paru lat.
Graham skinął głową.
– To dość rozsądnie – przyznał. – Mało kto myśli długoterminowo. – Zatarł dłonie. – Pomógłbyś mi? Nie chciałbym porysować ci podłóg, gdybym upuścił którąś.
Zabrali się do roboty. Dwie beczki z mosiężnymi obejmami powędrowały do piwnicy, trzecią zaś wtoczyli za bar, przez kuchnię i do spiżarni.
Potem wrócili do ogólnej izby, każdy na swoją stronę kontuaru. Graham rozglądał się po pustym szynku. Przy barze było o dwa stołki mniej i puste miejsce, w którym powinien stać stół. W wysprzątanej sali rzucało się to w oczy tak jak brakujący ząb w ustach.
Prześliznął się wzrokiem po wyszorowanym kawałku podłogi przy szynkwasie i sięgnął do kieszeni, skąd wyjął dwa matowe żelazne szelągi, przy czym jego dłoń prawie nie drżała.
– Podaj mi małe piwo, co, Kote? – poprosił ochrypłym głosem. – Wiem, że jest wcześnie, ale mam przed sobą długi dzień. Pomagam Murrionom zwieźć ich pszenicę.
Oberżysta nalał piwo i podał je w milczeniu. Graham wypił połowę jednym haustem. Obwódki oczu miał zaczerwienione.
– Kiepska sprawa zeszłej nocy – odezwał się, nie patrząc karczmarzowi w oczy.
Kote skinął głową. Kiepska sprawa zeszłej nocy. Całkiem możliwe, że to okaże się wszystkim, co Graham będzie miał do powiedzenia na temat śmierci człowieka, którego znał całe życie. Ci ludzie byli ze śmiercią za pan brat. Zabijali własny żywy inwentarz. Umierali na skutek gorączki, upadków lub gnicia połamanych kości. Śmierć była niczym uciążliwy sąsiad. Nie mówiło się o nim ze strachu, że mógłby usłyszeć i złożyć ci wizytę.
Pomijając opowieści, oczywiście. Historie o otrutych królach, pojedynkach i dawnych wojnach były jak najbardziej na miejscu. Ubierali śmierć w zamorskie stroje i odsyłali ją precz od swojego progu. Zapłon sadzy w kominie lub kaszel błoniczy budziły przerażenie, ale proces Gibei lub oblężenie Enfast były czymś zupełnie innym. Opowieści przypominały modlitwy, zaklęcia mruczane późno w nocy, kiedy idziesz samotnie w ciemności. Historie były jak półgroszowe amulety kupowane od domokrążcy, bo licho nie śpi.
– Jak długo ten skryba zamierza tutaj zostać? – zapytał po chwili Graham głosem, który zadudnił w jego kuflu. – Doprawdy, nigdy wcześniej o tym nie myślałem, ale może powinienem coś spisać, tak na wszelki wypadek. – Nachmurzył się lekko. – Mój staruszek nazywał je zawsze papierami zrzeczeniowymi. Nie pamiętam, jak się naprawdę nazywają.
– Jeśli chodzi wyłącznie o twoje dobra, którymi trzeba się zająć, to jest to rozporządzenie własnością – podpowiedział rzeczowo karczmarz. – Gdy dotyczy innych rzeczy, nazywa się mandamus lub oświadczenie woli.
Patrząc na oberżystę, Graham uniósł brew.
– Tak w każdym razie słyszałem – rzekł Kote, spuszczając wzrok i polerując bar czystą, białą szmatką. – Skryba wspomniał coś w tym guście.
– Mandamus… – mruknął Graham do wnętrza kufla. – Chyba poproszę go po prostu o jakieś dokumenty spadkowe i pozwolę mu je uwierzytelnić tak, jak uzna za stosowne. – Skinął na karczmarza. – Przypuszczam, że nie jestem jedyny. Inni będą prawdopodobnie chcieli czegoś podobnego, skoro nastały takie czasy.
Przez chwilę zdawało się, że Kote marszczy gniewnie twarz. Ale nie, nie zrobił nic podobnego. Stojąc za barem, wyglądał tak samo jak zawsze, z wyrazem łagodności i sympatii na obliczu. Skinął lekko głową.
– Wspomniał, że rozłoży swój kramik koło południa – powiedział. – Był trochę zdenerwowany wydarzeniami zeszłej nocy. Jeśli ktokolwiek pojawi się wcześniej niż w południe, to podejrzewam, że się rozczaruje.
Graham wzruszył ramionami.
– To bez znaczenia. Tak czy inaczej, przed lunchem w miasteczku nie będzie więcej niż dziesięć osób. – Pociągnął kolejny łyk piwa i wyjrzał przez okno. – Dzisiaj jest dzień prac polowych, to jedno jest pewne.
Zdawało się, że karczmarz rozluźnił się nieco.
– Jutro też tu będzie. Nie ma potrzeby, żeby wszyscy tłoczyli się dzisiaj. Ktoś ukradł mu konia przy Brodzie Abbota, więc próbuje kupić nowego.
Graham cmoknął współczująco.
– Biedny dupek. Za skarby świata nie znajdzie konia w środku żniw. Nawet Carter nie był w stanie zastąpić Nelly po tym, jak ten pajęczak zaatakował go przy Starokamiennym Moście. – Potrząsnął głową. – To wydaje się nie w porządku, że coś podobnego dzieje się niecałe dwie mile od twojego progu. Dawniej… – Zawiesił głos. – Panie i Pani, mówię jak mój staruszek. – Wysunął podbródek i okrasił głos chrapliwością. – „Dawniej, kiedy byłem chłopcem, pogoda była zawsze w sam raz. Młynarz nie oszukiwał na wadze, a ludzie wiedzieli, że mają pilnować swego nosa”.
Na twarzy oberżysty wykwitł tęskny uśmiech.
– Mój ojciec mawiał, że piwo było lepsze, a na drogach mniej kolein.
Uśmiech Grahama przerodził się szybko w grymas niepokoju. Spuścił wzrok, jakby czuł się niezręcznie w związku z tym, co zamierzał powiedzieć.
– Wiem, że nie pochodzisz stąd, Kote. To trudna sprawa. Niektórzy uważają, że każdy obcy z ledwością wie, jaka jest pora dnia. – Odetchnął głęboko, wciąż nie patrząc karczmarzowi w oczy. – Ja jednak myślę, że wiesz to, o czym inni nie mają pojęcia. Masz coś w rodzaju szerszego spojrzenia. Popatrzył w końcu na karczmarza poważnymi, zmęczonymi oczyma, które były otoczone ciemnymi obwódkami z powodu braku snu. – Czy sprawy mają się tak rozpaczliwie, jak to się ostatnio wydaje? Na drogach jest bardzo niebezpiecznie. Ludzie są okradani i… Z wyraźnym wysiłkiem Graham powstrzymywał się od ponownego spojrzenia na pusty fragment podłogi. – Wszystkie te nowe podatki utrudniają życie. Chłopcy Graydena prawie tracą farmę. Ten pająk. – Pociągnął kolejny łyk piwa. – Czy jest aż tak źle, jak na to wygląda? Czy też zestarzałem się po prostu jak mój ojciec i wszystko smakuje teraz bardziej cierpko niż w czasach mojego chłopięctwa?
Kote przez dłuższą chwilę wycierał bar, jakby nie miał ochoty odpowiedzieć.
– Sądzę, że sprawy zwykle stoją źle, tak czy inaczej – odparł. – Możliwe, że tylko my, starsi, potrafimy to dostrzec.
Graham zaczął kiwać głową, ale zaraz zmarszczka przecięła mu czoło.
– Pominąwszy to, że ty nie jesteś stary, co? Zwykle zapominam o tym. – Obrzucił rudzielca spojrzeniem od stóp do głów. – To znaczy, poruszasz się i mówisz jak starzec, ale nie jesteś taki? Założę się, że jesteś dwa razy młodszy ode mnie. – Zerknął na karczmarza. – Ile ty masz lat w końcu?
Oberżysta obdarzył go zmęczonym uśmiechem.
– Dosyć, by czuć się staro.
– Zbyt młody, by stękać jak dziadek – prychnął Graham. – Powinieneś uganiać się za kobietami i pakować w kłopoty. Zostaw nam, starcom, użalanie się nad tym, że świat się rozregulowuje. – Odepchnął się od baru i odwrócił w stronę drzwi. – Wrócę, żeby pogadać z twoim skrybą, kiedy zrobimy sobie dzisiaj przerwę na lunch. Nie będę sam. Jest sporo ludzi, którzy chcą oficjalnie uporządkować swoje sprawy, kiedy mają po temu okazję.
Karczmarz wziął głęboki wdech, a potem wypuścił wolno powietrze.
– Graham?
Cieśla odwrócił się z ręką na klamce.
– Nie tylko ty to widzisz – powiedział Kote. – Sprawy mają się źle, a przeczucie mówi mi, że będzie jeszcze gorzej. Nie zaszkodzi się przygotować na cięższą zimę. I może sprawdzić, czy będzie można się obronić, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Karczmarz wzruszył ramionami. – Tak w każdym razie mówi mi przeczucie.
Usta Grahama utworzyły ponurą kreskę. Skinął poważnie głową.
– Chyba się cieszę, że to nie jest tylko moje przekonanie. Zmusił się do uśmiechu i odwracając się do drzwi, zaczął podwijać rękawy.
– Tak czy inaczej – powiedział na odchodnym – trzeba uporać się z sianem, póki świeci słońce.

Niedługo potem zjawili się Bentonowie z furmanką pełną zimowych jabłek. Karczmarz kupił połowę tego, co mieli, i spędził godzinę na sortowaniu i magazynowaniu owoców. Najzieleńsze i najtwardsze powędrowały do beczek w piwnicy, ostrożnie układane jego delikatnymi dłońmi i otulane trocinami przed zabiciem pokryw. Te prawie dojrzałe znalazły swoje miejsce w spiżarni, a wszystkie obite lub z brązowymi plamkami zostały skazane na los jabłek winnych, poćwiartowane i wrzucone do wielkiej blaszanej balii.
Sortując i pakując, rudowłosy mężczyzna wydawał się zadowolony. Gdyby jednak przyjrzeć się uważniej, można by zauważyć, że podczas gdy jego ręce pozostawały zajęte, wzrok błądził gdzieś daleko. I chociaż wyraz twarzy oberżysta miał spokojny, nawet miły, nie było w nim radości. Pracując, nie pomrukiwał ani nie pogwizdywał. Nie śpiewał.
Kiedy przebrał wszystkie jabłka, wyniósł metalową balię przez tylne drzwi do małego cienistego ogródka. Kote wsypał poćwiartowane jabłka do drewnianej prasy winnej i zakręcił korbą, aż pokrywa zaczęła stawiać opór.
Podwinął rękawy koszuli powyżej łokci, długimi i pięknymi dłońmi chwycił rączki prasy i pociągnął. Tłok przesunął się po gwincie, najpierw mocno sprasowując jabłka, a potem miażdżąc je. Obrót i ponowny chwyt. Obrót i znów chwyt.
Ktoś z zewnątrz zauważyłby, że pracujący mężczyzna nie ma ciastowatych ramion karczmarza. Kiedy ciągnął drewniany uchwyt, mięśnie jego rąk rysowały się wyraźnie, napięte i skręcone jak liny. Stare blizny przecinały skórę i znikały. W większości były blade i cienkie jak rysy na zimowym lodzie. Inne, czerwone i zaognione, odcinały się wyraźnie na tle jasnej karnacji.

Jedyne odgłosy stanowiły regularne potrzaskiwania drewna i powolne bębnienie cydru spływającego do stojącego poniżej wiadra. Dawało się wyczuć w tym rytm, ale nie było melodii; wzrok karczmarza był zagubiony, a oczy pozbawione radości i tak jasnozielone, że mogły niemal uchodzić za szare (...)

***
Przed wami druga odsłona Kronik Królobójcy

Mędrzec obawia się tylko trzech rzeczy: morza w czasie sztormu, nocy bez księżyca i furii człowieka łagodnego.

Oto ciąg dalszy epickich przygód Kvothe'a, który w zaciszu gospody mierzy się ze swoją legendą. Opowieść o jego wczesnej młodości, wstąpieniu do Akademii i stawaniu tam pierwszych kroków - powoli zaczyna nabierać głębszych barw. Zdecydowany nauczyć się magii imion bohater próbuje przekonać do siebie mistrza Elodina. Sukces rodzi jednak zazdrość, a jego wrogowie, przede wszystkim Ambrose, nie śpią. Goniąc za Chandrianami, w pragnieniu zemsty, Kvothe gubi gdzieś niewinność.

Przed wami odsłona druga Kronik Królobójcy.

"Patrick Rothfuss po niesamowitym debiucie zajął pewne miejsce na scenie głównych pisarzy gatunku fantasy i może kontynuować walkę bez żadnej rozgrzewki. Jordan i Goodkind powinni zacząć się nerwowo oglądać przez ramię!"
Kevin J. Anderson

"W tej książce żadne słowo nie jest zbędne. [...] Jeśli jesteś czytelnikiem fantasy lub po prostu potrafisz docenić dzieło o naprawdę epickim rozmachu - nie przegap tej książki".
Orson Scott Card

Cykl: Kroniki królobójcy (tom 2.1) 









ZGARNIJ EBOOKA Z



Imię wiatru Patrick Rothfuss

Imię wiatru Patrick Rothfuss

Taki enigmatyczny opis, a takie arcydzieło!!!! Miejsce w pierwszej trójce, jeśli chodzi o powieści fantasy EVER!

Jest tu wszystko, co kocham w fantasy. Pochłonęłam! Nawet nie będę się rozpisywać, bo szkoda słów - must read!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Prolog

Cisza na trzy ręce

Znów była noc. Karczmę „Ostaniec” spowijała cisza i była to cisza na trzy ręce.
Przede wszystkim grało w niej to puste, głuche echo, które pojawia się tam, gdzie milkną rzeczy, przyroda, ludzie. Gdyby wiał wiatr, to gwizdałby w gałęziach drzew, poruszał skrzypiącym na hakach godłem gospody i wymiótłby ciszę jak chmarę jesiennych liści. Gdyby w gospodzie panował tłok lub była w niej bodaj garstka klientów, ciszę wypełniłyby ich rozmowy, śmiech i zgiełk, które zawsze wylewają się z knajp ciemną, nocną godziną. Gdyby grała muzyka… ale nie, oczywiście muzyka nie grała. Po prawdzie nie było żadnej z wymienionych rzeczy i dlatego cisza trwała.
W „Ostańcu” dwoje ludzi skupiło się przy narożniku baru. Pili w milczeniu, unikając poważniejszych rozmów na temat niepokojących wieści. W ten sposób tworzyli drobny, posępny motyw w przestrzeni głuchej ciszy. Swego rodzaju inkluzję, kontrapunkt.
Trzecią melodię ciszy wyłowić było niełatwo. Gdyby posłuchać przez jakąś godzinę, być może usłyszałoby się ją w deskach podłogi pod nogami i w szorstkich, obłupanych klepkach beczek za barem. W wielkich kamieniach poczerniałego paleniska, które zachowały jeszcze ciepło dawno wygasłego ognia. W miarowych ruchach białej lnianej ścierki, poruszającej się w tę i we w tę po usłojeniu drewnianego kontuaru. I w dłoniach mężczyzny, który stał za nim, polerując mahoniową powierzchnię, i bez tych zabiegów już lśniącą jak lustro w świetle lamp.
Mężczyzna miał włosy rude jak płomień. W ciemnych oczach czaiło się nieobecne spojrzenie; poruszał się z dufną swobodą znamionującą tych, którzy wiele wiedzą o różnych rzeczach.
„Ostaniec” należał do niego i do niego też należała trzecia melodia ciszy. Zresztą jak najbardziej stosownie, ponieważ była to najgłębsza partia ciszy, otulająca pozostałe. Była głęboka i długa niczym schyłek jesieni. I ciężka jak wielki kamień wygładzony przez wody rzeki. Cierpliwy, przywiędły oddech człowieka, który czeka na śmierć.

Rozdział 1

Miejsce dla demonów

To była noc dnia felling i w gospodzie „Ostaniec” zebrała się zwyczajowa gromadka gości. A choć pięciu mężczyzn trudno nazwać gromadką, oberżę ostatnio rzadko odwiedzało naraz więcej klientów, ponieważ czasy były, jakie były.
Stary Cob ze swadą grał rolę, w której czuł się najlepiej: bajarza i szafarza dobrych rad. Mężczyźni popijali przy barze i słuchali. W tylnym pomieszczeniu stał za drzwiami młody karczmarz i z uśmiechem przysłuchiwał się kolejnym odsłonom znanej opowieści.
– Obudziwszy się, Taborlin Wielki zrozumiał, że uwięziono go w wysokiej wieży. Że zabrano mu miecz i wszystkie instrumenty: klucz, moneta i świeca zniknęły. Ale nie to było najgorsze, rozumiecie… – Cob urwał dla spotęgowania efektu – …najgorsze było to, że lampy na ścianach płonęły niebieskim płomieniem!
Graham, Jake i Shep pokiwali głowami. Trzem przyjaciołom dzieciństwo upłynęło na słuchaniu opowieści Coba i ignorowaniu jego rad.
Gawędziarz wbił spojrzenie w najnowszego, najbardziej pochłoniętego opowieścią słuchacza: czeladnika kowalskiego.
– Czy wiesz, co to znaczy, chłopcze?
Nikt nie zwracał się do czeladnika inaczej niż „chłopcze”, mimo iż był o dłoń wyższy od wszystkich zgromadzonych. Ponieważ małe miasteczka były, jakie były, zapewne pozostanie „chłopcem”, póki nie wyrośnie mu gęsta broda lub wreszcie, zdenerwowany przezwiskiem, nie rozkwasi czyjegoś nosa.
Chłopiec powoli pokiwał głową.
– Chandrianie.
– Racja – skwapliwie przyznał Cob. – Chandrianie. Wszyscy wiedzą, że niebieski płomień świadczy o ich obecności. A więc był…
– Ale jak go znaleźli? – wtrącił chłopiec. – I dlaczego go nie zabili, kiedy mieli szansę?
– Cicho, w końcu dowiesz się wszystkiego – skarcił go Jake. – Tylko daj mu opowiedzieć.
– Nie traktuj go tak ostro, Jake – wtrącił się Graham. – Chłopiec jest po prostu ciekawy. Pij, co masz nalane.
– Już wypiłem – odciął się Jake. – Mógłby mi ktoś nalać następnego, ale karczmarz wciąż patroszy szczury w kuchni. – Uniósł głos i postukał w krawędź kufla stojącego na kontuarze. Kufel odpowiedział głuchym echem. – Hej! Pić się chce!
Pojawił się karczmarz, niosąc pięć misek gulaszu i dwa okrągłe, jeszcze ciepłe bochny chleba. Z ostentacyjną sprawnością napełnił kufle Jake’a, Shepa i Starego Coba.
Opowieść musiała zaczekać, póki mężczyźni nie skończą posiłku. Stary Cob pierwszy z drapieżną zręcznością starego kawalera uporał się ze swą porcją i odsunął pustą miskę. Pozostali wciąż dmuchali na parujący posiłek, gdy on tymczasem przełknął ostatni kęs chleba i dalej snuł swoją historię.
– Taborlin wiedział, że musi jak najszybciej uciec z wieży, ale kiedy się rozejrzał, zobaczył, że komnata, w której go uwięziono, nie ma drzwi. Ani okien. Wokół widział tylko gładki, lity kamień. Gdyż trzeba wam wiedzieć, że zamknięto go w celi, z której nikt jeszcze nigdy nie uciekł. Wszelako Taborlin znał imiona wszystkich rzeczy i istot, a tym samym wszystkie rzeczy i istoty musiały słuchać jego rozkazów. Rzekł więc do kamienia: „Pęknij!”, a kamień pękł. Ściana rozstąpiła się jak rozdarta kartka papieru, w szczelinie Taborlin zobaczył niebo, a twarz owionęło mu świeże powietrze wiosny. Podszedł do krawędzi otworu, spojrzał w dół i nie wahając się, dał krok w pustkę…
Oczy chłopca rozszerzyły się.
– Nie!
Cob z powagą pokiwał głową.
– Tak, Taborlin dał krok w pustkę i runął w dół, ale bez lęku. Ponieważ znał imię wiatru i tym samym wiatr musiał mu być posłuszny. Przemówił więc do wiatru, a ten ukołysał i utulił go. I wreszcie zniósł go na ziemię delikatnie niczym puch dmuchawca i postawił tak miękko, jakby chodziło o pocałunek matki. A kiedy stał już na ziemi i macał bok, w który otrzymał pchnięcie, przekonał się, że rana nie jest poważna. Więc może po prostu tym razem dopisało mu szczęście. – Cob wszystkowiedzącym gestem postukał się w nos. – A może miało to coś wspólnego z amuletem, który nosił pod koszulą.
– Jakim amuletem? – zapytał niecierpliwie chłopiec z ustami pełnymi gulaszu.
Stary Cob rozparł się na stołku, zadowolony z okazji do kolejnej dygresji.
– Kilka dni wcześniej Taborlin spotkał na drodze druciarza. I choć sam nie miał wiele pożywienia, podzielił się ze starcem.
– I dobrze zrobił – cicho rzekł Graham do chłopca. – Wszyscy wiedzą: „Za przysługę druciarz odpłaca po dwakroć”.
– Nie, nie – zaprotestował Jake. – Dokładnie to brzmi tak: „Za przysługę rada druciarza odpłaci po dwakroć”.
Po raz pierwszy tego wieczora odezwał się karczmarz:
– Tak naprawdę, to nawet połowy nie zapamiętaliście – powiedział, stając w drzwiach za barem.

Druciarz zawsze spłaca długi:
W zwykły sposób, gdy chodzi o gażę,
Po dwakroć za wyświadczone przysługi,
Po trzykroć za doznaną obrazę.

Mężczyźni przy barze wydawali się nieomal zaskoczeni na widok stojącego za barem Kote’a. Od miesięcy pojawiali się w „Ostańcu” każdej nocy dnia felling, a Kote nigdy wcześniej sam z siebie się nie odzywał. Z drugiej strony, nikt tego po nim nie oczekiwał. W miasteczku był dopiero od jakiegoś roku. Wciąż traktowano go jak obcego. Czeladnik kowala mieszkał tu, odkąd skończył jedenaście lat, a wciąż mówiono o nim „ten chłopiec z Rannish”, jakby miasteczko leżało gdzieś za granicą, a nie w odległości niecałych trzydziestu mil.
– Po prostu gdzieś mi to kiedyś wpadło w ucho – powiedział Kote w przedłużającej się ciszy, wyraźnie zakłopotany.
Stary Cob pokiwał głową, odkaszlnął i podjął przerwaną opowieść.
– Trzeba wam wiedzieć, że amulet ten był wart pełnego kosza złotych nobli, ale ze względu na przysługę, jaką mu Taborlin wyświadczył, druciarz sprzedał mu go za nie więcej niż trzy grosze: jeden żelazny, jeden miedziany i jeden srebrny. Amulet był czarny jak zimowa noc i w dotyku chłodny niczym lód, póki jednak wisiał na szyi Taborlina, żadne złe istoty nie mogły mu nic zrobić. Ani demony, ani żadne inne.
– W czasach, jakie nastały, dużo dałbym za taki amulet – ponuro wtrącił Shep.
Przez cały wieczór pił najwięcej ze wszystkich, a mówił najmniej. Wszyscy wiedzieli, że nocą ostatniego dnia cendling coś złego zdarzyło się na jego farmie, ale ponieważ byli jego przyjaciółmi, wiedzieli, że nie należy wyciągać z niego szczegółów. Przynajmniej nie od razu, nie na trzeźwo.
– No, któżby nie dał? – zauważył znacząco Stary Cob, a potem upił długi łyk.
– Nie wiedziałem, że Chandrianie to demony – zauważył chłopiec. – Słyszałem, że…
– To nie są demony – zdecydowanie oznajmił Jake. – To było pierwszych sześciu ludzi, którzy odmówili wejścia na drogę wskazaną przez Tehlu, za co on przeklął ich i rozproszył na wszystkie strony…
– Ty opowiadasz tę historię, Jacobie Walker? – ostro zapytał Cob. – Bo jeśli tak, pozwalam ci ją skończyć.
Przez dłuższą chwilę dwaj mężczyźni patrzyli na siebie ze złością. W końcu Jake odwrócił wzrok, mruknąwszy coś, co prawdopodobnie mogło być przeprosinami.

Cob znów zwrócił się do chłopca.
– Na tym polega tajemnica Chandrian – wyjaśnił. – Skąd przychodzą? Dokąd odchodzą, gdy już wykonają krwawe dzieło? Czy są ludźmi, którzy zaprzedali swe dusze? Demonami? Duchami? Tego nie wie nikt. – Cob obrzucił Jake’a do szpiku pogardliwym spojrzeniem. – Choć każdy półgłówek wyobraża sobie, że to on właśnie wie…
W tym momencie opowieść przeszła w sprzeczkę na temat natury Chandrian, znaków, z których uważni obserwatorzy mogli wnosić o ich obecności, oraz kwestii tego, czy amulet ochroniłby Taborlina także przed bandytami, wściekłymi psami tudzież upadkiem z konia. Utarczka powoli stawała się coraz bardziej gorączkowa, gdy nagle z łoskotem otworzyły się frontowe drzwi.
Jake spojrzał w tamtą stronę.
– Akurat na ciebie czas, Carter. Wyjaśnij temu przeklętemu głupcowi różnicę między demonem a psem. Każdy wi… – Jake urwał w pół słowa, poderwał się i pobiegł ku drzwiom. – Na miłość boską, co ci się stało?
Carter wszedł w światło, twarz miał bladą i zakrwawioną. Do piersi przyciskał starą derkę. Miała dziwny, nieforemny kształt, jakby zawinięto w nią wiązkę chrustu.
Na jego widok pozostali przyjaciele też zeskoczyli ze stołków i podeszli bliżej.
– Nic mi nie jest – powiedział, wlokąc się na środek wspólnej sali. Oczy miał rozbiegane i dzikie jak nerwowy koń. – Nic mi nie jest. Nic mi nie jest.
Położył zawiniątko z derki na blacie najbliższego stołu i rozległ się głośny stuk, jakby w środku były kamienie. Jego ubranie znaczyły długie, proste rozcięcia. Szara koszula wisiała w strzępach; wyjątkiem były miejsca, gdzie przykleiła się do ciała ciemnymi, ponurymi plamami krwi.
Graham próbował posadzić go na krześle.
– Rany boskie. Siadaj, Carter. Co się stało? Siadaj.
Carter z uporem pokręcił głową.
– Mówię ci, że nic mi nie jest. To są właściwie draśnięcia.
– Ilu ich było? – zapytał Graham.
– Jeden – odrzekł Carter. – Ale to nie tak, jak myślisz…
– Do diaska. Mówiłem ci, Carter – wybuchnął Stary Cob, a w jego głosie pobrzmiewał ten rodzaj przerażenia pomieszanego z gniewem, na które stać tylko krewnych lub najbliższych przyjaciół. – Od miesięcy ci powtarzam. Nie możesz włóczyć się sam po okolicy. Nawet jeśli tylko do Baedn. To niebezpieczne.
Jake uspokajającym gestem położył dłoń na ramieniu starego.
– Usiądź chociaż – powiedział Graham, wciąż próbując zaciągnąć Cartera w kierunku krzesła. – Zdejmiemy ci koszulę, umyjesz się trochę.
Carter pokręcił głową.
– Nic mi nie jest. Trochę mnie poharatało, ale ta krew to głównie od Nelly. Skoczył na nią. Zabił ją jakieś dwie mile od miasta, za Mostem Starokamienia.
Po tych słowach zapadła pełna przejęcia cisza. Czeladnik kowalski położył ze współczuciem dłoń na ramieniu Cartera.
– Cholera. To straszne. Była przecież łagodna jak owieczka. Podczas podkuwania nigdy nie próbowała gryźć ani wierzgać. Najlepszy koń we wsi. Cholera. Ja… – Urwał. – Cholera. Nie wiem, co powiedzieć. – Bezradnie rozejrzał się po zebranych.
Cobowi w końcu udało się uwolnić od Jake’a.
– Mówiłem ci – powtórzył, wymachując palcem przed nosem Cartera. – Ostatnimi czasy kręcą się tu ludzie, którzy zabiliby za parę groszy, nie mówiąc już o koniu i wozie. Co teraz zrobisz? Sam się zaprzęgniesz?
W pełnym napięcia milczeniu Jake i Cob mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, podczas gdy pozostałym najwyraźniej zabrakło słów – stali, nie wiedząc, jak mitygować przyjaciół.
Po milczącej scenie zastygłych postaci poruszał się tylko karczmarz. Mimo iż ręce miał pełne, zręcznie wyminął Shepa i na najbliższym stole zaczął rozkładać przyniesione przedmioty: miskę z gorącą wodą, szarpie, trochę czystego lnianego płótna, kilka szklanych butelek, igłę i katgut.
– To by się nigdy nie wydarzyło, gdybyś chciał mnie posłuchać – mruczał Stary Cob. Jake próbował go uciszyć, ale Cob nie zwracał na niego uwagi. – Mówię tylko, jak jest. To wstyd, co przez niego spotkało Nelly, ale teraz lepiej niech mnie posłucha, bo inaczej sam skończy martwy. Z takimi ludźmi nie ma co liczyć, że dwa razy dopisze szczęście.
Usta Cartera zacisnęły się w wąską kreskę. Wyciągnął rękę i odsunął kraj zakrwawionego koca. Cokolwiek znajdowało się w środku, drgnęło, szarpnięte przez materiał. Carter pociągnął mocniej i wtedy rozległ się głośny stuk, jakby na blat stołu posypały się kamienie.
W środku znajdował się pająk wielki jak koło wozu i czarny jak łupek.
Czeladnik kowala odskoczył, uderzył plecami o stół, przewrócił go i omalże sam nie upadł na podłogę. Twarz Coba pobladła. Z gardeł Grahama, Shepa i Jake’a wydobyły się nieartykułowane odgłosy, cofnęli się jak jeden mąż, zasłaniając rękoma twarze. Sam Carter też drgnął lekko, jakby zdjęty nerwowym tikiem, cofnął się o krok. Cisza wypełniła salę niczym wilgotna mgła.
Karczmarz zmarszczył brwi.
– Wcześniej nie docierały tak daleko na zachód – powiedział cicho.
Gdyby nie grobowa cisza, zapewne nikt by go nie usłyszał. Niemniej usłyszeli. Sześć par oczu oderwało się od spoczywającej na stole istoty i wpatrzyło niemo w rudowłosego mężczyznę.
Jake pierwszy odzyskał głos.
– Wiesz, co to jest?
Karczmarz patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem
– To scrael – powiedział z roztargnieniem. – Myślałem, że w górach…
– Scrael? – wszedł mu w słowo Jake. – Na poczerniałe ciało Boga, Kote. Widziałeś już takie stwory?
– Co? – Rudowłosy karczmarz spojrzał na niego nie całkiem przytomnie, jakby dopiero w tej chwili przypomniał sobie, gdzie jest. – Och. Nie. Nie, oczywiście, że nie. – Nagle zorientował się, że jako jedyny stoi w zasięgu ręki ciemnego stwora, i spokojnie odsunął się o krok. – Tylko o nich słyszałem.
Pozostali wciąż nie odrywali odeń wzroku.
– Pamiętacie tego handlarza, który przejeżdżał tędy jakieś dwa cykle temu? – spytał.
Wszyscy pokiwali głowami.
– Drań próbował zedrzeć ze mnie dziesięć groszy za pół funta soli – zauważył odruchowo Cob, powtarzając już pewnie po raz setny tę samą skargę.
– Teraz żałuję, że od niego nie kupiłem – mruknął Jake.
Graham pokiwał głową.
– To był prawdziwy zły szeląg. – Cob splunął, najwyraźniej odnajdując rezon w znajomych słowach. – Mógłbym zapłacić dwa, bo czasy są ciężkie, ale dziesięć to zdzierstwo.
– Nie w sytuacji, gdy na drogach grasuje tego więcej – ponuro zauważył Shep.
Wszyscy spojrzeli na stwora leżącego na stole.
– Mówił mi, że niedaleko Melcombe mu o nich opowiadano – szybko podjął Kote, przyglądając się obliczom mężczyzn. – Uznałem, że po prostu chce w ten sposób wyśrubować ceny.
– Co jeszcze powiedział? – zapytał Carter.
Karczmarz jakby się zastanawiał, ale po chwili wzruszył ramionami.
– Nie wyciągnąłem z niego całej historii. Był w miasteczku tylko parę godzin.
– Nie lubię pająków – oznajmił czeladnik kowala. Trzymał się po przeciwnej stronie stołu, jakieś piętnaście stóp od stwora. – Zakryjcie go.
– To nie jest pająk – powiedział Jake. – Nie ma oczu.
– Pyska też nie ma – zauważył Cob. – Czym je?
– Co je? – ponuro zapytał Shep.
Karczmarz wciąż z ciekawością przyglądał się poczwarze. Pochylił się, wyciągnął rękę. I znów pozostali jak jeden mąż odsunęli się od stołu.
– Ostrożnie – ostrzegł Carter. – Łapy ma ostre jak noże.
– Bardziej jak brzytwy – poprawił go Kote. Smukłymi palcami musnął czarne, pozbawione cech anatomicznych ciało scraela. – Jest gładki i twardy jak ceramika.
– Nie ryzykuj – powiedział czeladnik kowala.

Karczmarz ostrożnie ujął jedną z długich, gładkich łap, a potem spróbował ułamać ją Karczmarz ostrożnie ujął jedną z długich, gładkich łap, a potem spróbował ułamać ją dwoma rękoma, jakby to była gałąź.
– Z pewnością nie jest to ceramika – sprostował. Oparł łapę na krawędzi stołu, nacisnął na nią całym ciężarem ciała. Złamała się z głośnym trzaskiem. – Bardziej coś jak kamień. – Spojrzał na Cartera. – Skąd się wzięły wszystkie te pęknięcia? – Wskazał palcem cieniutkie rysy pokrywające gładką powierzchnię korpusu.
– Nelly upadła na niego – odrzekł Carter. – Skoczył z drzewa i zaczął wdrapywać się po niej, tnąc łapami. Poruszał się tak szybko. Nie zdążyłem się nawet zorientować, co się dzieje. – W końcu usiadł na krześle, podsuniętym mu przez Grahama. – Zaplątała się w uprzęży i zwaliła na niego, łamiąc kilka łap. Potem rzucił się na mnie, dopadł mnie, biegał po mnie całym. – Skrzyżował ramiona na zakrwawionych piersiach, zadrżał. – Udało mi się go strącić i deptałem po nim co sił w nogach. Potem znowu wlazł na mnie… – Urwał, jego twarz przybrała barwę popiołu.
Karczmarz pokiwał głową do jakichś swoich myśli, nie zaprzestając oględzin poczwary.
– Nie ma krwi. Żadnych organów. W środku jest po prostu szary. – Dźgnął korpus stwora palcem. – Jak grzyb.
– Wielki Tehlu, zostaw go w spokoju – błagał czeladnik kowala. – Pająki czasami jeszcze się ruszają po tym, jak je zabijesz.
– Sami nie wiecie, co mówicie – zrugał go Cob. – Pająki nie są wielkie jak świnie. Wiecie, co to jest. – Rozejrzał się wokół, patrząc każdemu po kolei w oczy. – To demon.
Znowu spojrzeli na pokiereszowaną istotę.
– Och, daj spokój – powiedział Jake, protestując raczej już tylko z przyzwyczajenia. – Nie jest jak… – Wykonał niewyraźny gest dłonią. – Nie może być sobie…
Wszyscy wiedzieli, co mu chodzi po głowie. Rzecz jasna, demony żyły na świecie. Ale były jak anioły Tehlu. Były jak herosi i królowie. Należały do legend. Żyły w jakichś innych miejscach. Taborlin Wielki przyzywał ogień i błyskawicę, żeby zabijać demony. Tehlu kładł na nich swą karzącą dłoń i odsyłał, wyjące, do bezimiennej pustki. Przyjaciel z dzieciństwa nie deptał ich na śmierć na drodze do Baedn-Bryt. To było zupełnie bez sensu.
Kote przeczesał dłonią rude włosy. Wreszcie odezwał się, przerywając milczenie.
– Jest jeden sposób, żeby się upewnić – powiedział, sięgając do kieszeni. – Żelazo lub ogień. – Wyciągnął pękatą skórzaną sakiewkę.
– I imię Boga – wskazał Graham. – Demony boją się trzech rzeczy: chłodnego żelaza, czystego ognia i świętego imienia bożego.
Usta karczmarza zacisnęły się w cienką linię, której wszak nie sposób było do końca uznać za grymas otwartej niechęci.
– Oczywiście – powiedział i wysypał zawartość sakiewki na stół. Od razu zaczął rozgarniać stosik monet. Ciężkie srebrne talenty, cienkie sztuki srebra, miedziane joty, ukruszone półgroszówki i żelazne denary. – Ma ktoś szeląga?
– Weź denara – poradził Jake. – To dobre żelazo.
– Nie potrzebuję dobrego żelaza – odparł karczmarz. – Denar ma za dużo węgla. To prawie stal.
– Ma rację – oznajmił czeladnik kowala. – Z tym że nie chodzi o węgiel. Do wyrobu stali używa się koksu. Koksu i wapna.
Karczmarz z uznaniem skinął chłopakowi głową.
– Ty wiesz najlepiej, młody panie. W końcu to twój zawód. – Jego smukłe palce odnalazły w końcu szeląga w stosiku monet. Uniósł go na wysokość oczu. – Proszę, oto mamy.
– Po co to? – zapytał Jake.
– Żelazo zabija demony – głos Coba leciutko drżał – ale ten już jest martwy. Więc może nic się nie stanie.
– Jest jeden sposób, żeby się przekonać. – Karczmarz powiódł wzrokiem po obecnych, przyglądając się każdemu po kolei, jakby ich mierzył i ważył. Potem zdecydowanie odwrócił się do stołu, a oni cofnęli się jeszcze o krok.
Kote przycisnął żelazny szeląg do czarnego boku poczwary i wszyscy usłyszeli krótki, ostry odgłos niczym trzask sosnowego polana w płomieniach. Drgnęli, ale po chwili uspokoili się, widząc, że czarny stwór pozostał bez ruchu. Cob uśmiechnął się do towarzyszy, oni odpowiedzieli uśmiechami, jak chłopcy, których na moment przeraziła historia o duchach. Uśmiechy jednak zaraz zniknęły z ich twarzy, gdy pomieszczenie wypełnił słodko-kwaśny odór gnijących kwiatów i spalonych włosów.
Karczmarz uderzył szelągiem w blat stołu z głośnym brzękiem.
– No, tak – powiedział, wycierając ręce w fartuch. – Myślę, że sprawa jest jasna. Co robimy? 
(...)
***

Pierwszy tom Kronik Królobójcy.


Kvothe to człowiek legenda. Wielki mag, geniusz muzyki, bohater i złoczyńca - namówiony przez Kronikarza - wspomina swe barwne życie. Od dzieciństwa spędzonego w trupie wędrownych aktorów poprzez lata chłopięce spędzone w półświatku mrocznego miasta po szaloną, ale udaną próbę wstąpienia na Uniwersytet. Powoduje nim pragnienie władania magią i zemsty na demonach, które zabiły jego rodziców i cały jego świat obróciły w perzynę.
Niezwykle żywo i naturalnie snuta opowieść na homerycką skalę. Intrygująca i poruszająca odyseja Kvothe'a doskonale harmonizuje z nienachalnym klimatem fantasy. Ten debiut literacki zdobył kilka prestiżowych nagród, m.in. Quill Award oraz Onion AV Club. Prawa do wydania sprzedano już do ponad 20 krajów.

"To niezwykle rzadka przyjemność trafić na autora piszącego z precyzją niezbędną do tworzenia nie tylko fantasy, w którego słowach brzmi prawdziwa muzyka" - Ursula K. Le Guin

"Książka ma wszystko, co lubią czytelnicy fantasy: magię, tajemnice, starożytne zło. Ale jest także zabawna i przerażająca, a na dodatek przekonująca. Wzorem najlepszych książek gatunku to nie elementy fantasy czynią ją niezwykłą, ale to, co autor ma do powiedzenia o codziennych sprawach, zwykłym życiu, ambicjach i upadkach, sztuce, miłości i stracie" - Tad Williams

Cykl: Kroniki królobójcy (tom 1) 











ZGARNIJ EBOOKA Z 




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger