"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Dzieci lodu Tom Rob Smith

Dzieci lodu Tom Rob Smith

"Jesteśmy przyszłością. Oni są przeszłością."


Kto nie lubi czytać o Antarktydzie? 

Ja lubię.

Kto nie lubi czytać o obcych? 

Ja uwielbia👽

Dlatego zerknęłam sobie oczywiście /obowiązkowo/ w tą historię i muszę powiedzieć że... są tam śladowe ilości smaczków z okładeczki. Na bank nie dostałam w 100% tego, czego się spodziewałam.

Jednakże.

Czy jest to rozczarowanie?

Chyba tylko tym, że MEEEEGA potencjał ten opowieści i MEEEEEGA Universum nie zostało do końca wykorzystane. Jest to po prostu napisana arktycznie przygodowo dobrze opowieść, ktora nie ma nic wspólnego z Lovecraftem...🙈🙊🙉

Inwazja obcych jest tylko tłem i niczym więcej. Tłem niejasnym: jednym komunikatem, że wszyscy ludzie mają schronić się na Antarktydzie, ponieważ to będzie najbezpieczniejsze miejsce na ziemi?

Dlaczego?

...

Czy jest możliwe zbudowanie nowego społeczeństwa pośród lodu i warunków, do których człowiek nie jest przystosowany? 

Czy człowiek jest w stanie przetrwać? Zaaklimatyzować się?

Właściwie jesteśmy świadkami życia na Antarktydzie pod kloszem garstki ocalałych z całego świata.

Ocalałych, którzy jednak są w stanie się przystosować, tworząc jednocześnie mutacje.


"Celem projektu jest przetrwanie ludzkości w jakiejś formie." 


A czasami te mutacje same się tworzą.

Dzieci lodu.

Dzieci przystosowane do lodu i to ich historię poznajemy a tak naprawdę dwójki z nich.


"Zwykli ludzie będą się bać tego, co zaraz stworzymy. Ale to nowe pokolenie ludzi jest naszą jedyną nadzieją."


Świetny pomysł, naprawdę super, tylko potraktowany po łebkach i bardzo obyczajowo, że tak powiem. Najpierw było przedtem, potem szybko przeskakujemy do teraz, a potem nagle jest potem.

Nie było tu jakiejś tam za bardzo atmosfery zagrożenia ani tajemnicy, jaka powinna być, jeśli chodzi o inwazję obcych, a cała zagłada świata potraktowana jest też całkiem pobieżnie. 

Tak naprawdę to jest obyczajowo-przygodowa powieść z obcymi w tle, z mutantami w roli głównej i pięknym mroźnym klimatem Antarktydy, który idealnie wbija się teraz w tą porę, więc polecam czytać.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

EPICKI THRILLER POSTAPOKALIPTYCZNY.
MROŻĄCA KREW W ŻYŁACH WIZJA NOWEGO ŚWIATA – SPOŁECZEŃSTWA, KTÓRE PO INWAZJI OBCYCH MUSI ODBUDOWAĆ SIĘ W PRZERAŻAJĄCYCH WARUNKACH.

Lato 2023 roku. Niespodziewana inwazja Obcych staje się wyrokiem śmierci dla ludzkości na Ziemi. Kolonizatorzy nie negocjują i nie składają wyjaśnień, stawiają tylko jedno ultimatum: jeśli chcesz przeżyć, masz trzydzieści dni, by dotrzeć do jedynego miejsca na Ziemi, gdzie może ci się uda – do Antarktydy. Garstka ludzi rozpoczyna rozpaczliwy exodus do najbardziej ekstremalnego ekosystemu na naszej planecie. Jednak ich celem jest nie tylko przetrwanie. Muszą nie tylko walczyć o życie w świecie, w którym wszelkie dokonania człowieka uległy zniszczeniu, ale muszą też zmierzyć się z jeszcze większym wyzwaniem – stworzyć podwaliny przyszłej cywilizacji. Czy są gotowi, by błyskawicznie dostosować się do panujących warunków i ewoluować wystarczająco szybko, by zapewnić ludzkości jakąkolwiek przyszłość? Czy da się zbudować nowe, doskonalsze społeczeństwo na bezkresnym pustkowiu w temperaturze znacznie niższej od zera?
Ambitna i oryginalna, napisana z kinowym rozmachem epicka powieść, która porusza najważniejsze problemy naszych czasów.

Jak wysoko zajdziemy w ciemnościach Nagamatsu Sequoia

Jak wysoko zajdziemy w ciemnościach Nagamatsu Sequoia

"... cały ten obszar stał się wielką pralką, w której nowe miesza się z pradawnym."

Czekałam, bardzo czekałam.

I się doczekałam.

Przeczytałam wczoraj, ale serio?

Nie chciało mi się pisać o tej powieści. Nie lubię pisać o rozczarowaniach.

Bo jak dla mnie to było rozczarowanie.

Przerażajaca wizja przekazana może i w niestandardowy sposób, ale w moim odczuciu? 

Kompletnie niekompatybilny z esencją. 

Narracja zupełnie do mnie nie przemówiła i emocje opadały ze strony na stronę.

Dosyć hardcorowe pomysły rozwoju wirusa i pomysł na samego wirusa zostały przekazane w formie dziwacznych, niby zwykłych, chaotycznych opowieści różnych bohaterów, które może takie miały być aby podkręcić efekt? 

U mnie niczego nie podkręciły, a wręcz zakręciły.

Zachwyciłam się tematyką. I to był jedyny zachwyt.

"...zaraza arktyczna przekształca ludzki organizm, hoduje tkanki wątroby w mózgu i tkanki serca w jelitach."

Podsunięte tu rozwiązania, odpowiedzi i alternatywy nie do końca polubiłam i zrozumiałam, a całość w swej "inności" traciła na atrakcyjności, zamiast zyskiwać i męczyła, a ciekawość szybko przerodziła się w irytację.

U mnie.

Zdecydowanie bardziej wolę jednak  tradycyjne opowieści o końcu świata, jak u Kinga, McCammona i Cronina przykładowo.

Nie lubię takich rozczarowań, więc teraz w ramach detoksu biorę się za pewniaka...

Ocena za emocje (niska), a także za samą koncepcję i pomysł (wyższa).

Przekaz i wykonanie mnie pobiło, nie znoszę się męczyć przy czytaniu.

Można zajrzeć z ciekawości, nie odradzam. Niech sobie każdy wyrobi własne zdanie... Bo o to chodzi w czytaniu.

MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jak mamy kochać i żyć, gdy nasz świat się skończył? Hipnotyzująca wizja przyszłości, która zachwyci nie tylko fanów Atlasu chmur czy Stacji Jedenastej, ale też wszystkich, którzy cenią świetną literaturę.


Rok 2030, Syberia. W kraterze Batagajka naukowcy badający topnienie wiecznej zmarzliny trafiają na doskonale zachowane szczątki dziewczynki sprzed trzydziestu tysięcy lat. Odkrycie tyleż fascynujące, co niebezpieczne – w lodowym sarkofagu przetrwał patogen, który spowodował śmierć „Anne”.


Już wkrótce arktyczna pandemia rzuci na kolana całą ludzkość, zmuszając ją do wymyślania coraz to bardziej osobliwych mechanizmów adaptacji.

W parku rozrywki niespełniony komik zakochuje się w matce chłopca, którego wysyła na makabryczną przejażdżkę kolejką Ozyrys; zrozpaczony po utracie syna biolog ma szansę ponownie zostać ojcem, gdy świnia w jego laboratorium rozwija zdolność ludzkiej mowy; owdowiała malarka wyrusza z nastoletnią wnuczką w międzygwiezdną podróż, marząc o znalezieniu nowego domu na odległej planecie.


Ale gdzieś tam, wysoko w ciemności, wciąż świeci światło. Ze strony na stronę, z rozdziału na rozdział niepokojąco prorocza historia przeradza się w pełną współczucia opowieść o odporności ludzkiej duszy, nieskończonej zdolności do marzeń i tym, co nas łączy i daje nadzieję.


„Zachwycające w swojej prostocie i intrygująco nam bliskie science fiction. Wyjątkowy debiut”.

Alan Moore, legendarny twórca komiksów Watchmen i V jak Vendetta



Silos Trylogia Hugh Howey

Silos Trylogia Hugh Howey

"... ludzkość wynalazła metodę na doprowadzenie do swojego całkowitego upadku... oraz sposób, by zapomnieć, że to się w ogóle stało."


Pozycja obowiązkowa.

Nowe wydania świetnej dystopii, która MUSI być znana albo poznana przez fanów klimatu!

Poprzednie wydania też były ładne, tak na marginesie.

Nie za wiele tu można napisać, żeby nie zdradzać sensu całości. 

Napiszę tylko tyle, że część pierwsza, Silos, to odkrycie szokującej tajemnicy i PRAWDY.

Część druga, Zmiana, to geneza tej tajemnicy i weryfikacja przyszłości z rzeczywistością.

Część trzecia natomiast - Pył - to połączenie teraźniejszości i przeszłości, które ukazuje... przyszłość. 

I nadzieję.

"Moim jedynym życzeniem jest, abyśmy pozostawili miejsce na nadzieję. We wszystkich rzeczach jest dobro i zło. Znajdujemy to, co spodziewamy się znaleźć. Widzimy to, co spodziewamy się zobaczyć. Nauczyłem się, że jeśli odpowiednio przechylę głowę i zmrużę oczy, świat jest piękny. Przyszłość jest jasna. Czekają nas dobre rzeczy.

A co Ty widzisz?"

Całość jest bardzo starannie dopracowana, ale to nie dziwi, z racji tego, że sam autor jest psychofanem tego pomysłu.

"To opowieść o tym, jak ludzkość trwa wbrew wszystkiemu. Bohaterowie tej opowieści to ludzie, którzy muszą działać na przekór pesymizmowi, strachowi, wątpliwościom i poczuciu beznadziei."

Czyta się uważnie - inaczej się nie da. I choć nie jest to najlepsze, co czytałam w tej tematyce (najlepszy jest cykl Otchłań - Escape from Furnace - może Wydawnictwo Altobook pokusi się o pierwsze polskie wydanie???!!!) to jednak jest to świetna i długaśna, uczciwa, soczysta przygoda! Chyba trzecia część jest najlepsza.

"Może, jeśli ktoś ma ambicję, by kształtować losy świata, wierzy też, że potrafi przechytrzyć nawet chaos."

Rewelacyjny serial!


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Silos.

Gdy świat został skażony, ludzie zamieszkali pod ziemią w ogromnej wielopoziomowej konstrukcji zwanej silosem. Nie wiedzą skąd się tam wzięli, ile czasu już tam są oraz dlaczego świat na zewnątrz jest dla nich zabójczy. Ich życie opiera się na kłamstwach, tajemnicach, ciągłych nakazach i zakazach, a najwyższą z kar jest wyjście na zewnątrz.


Po tym, jak poprzedni szeryf opuścił silos, Juliette, mechanik z głębin, nagle i w niewytłumaczalny sposób zostaje awansowana na szefa organów ścigania. Nie zważając na zwyczaje, których powinna przestrzegać, Juliette odkrywa ślady spisku, a podążanie tym tropem może wszystkich doprowadzić do śmierci.

***

Zmiana.

Zekranizowany fenomen literacki stawiany obok najważniejszych powieści dystopijnych.


W niedalekiej przyszłości tylko nieliczni wiedzą, co czeka ludzkość. Próbując robić wszystko, aby ją chronić wyznaczają ścieżkę, z której nie sposób zawrócić. Wiedzie ona głęboko pod ziemię...


Jak i dlaczego powstały silosy? Czy mając na wyciągnięcie ręki boską moc, można wierzyć, że ludzkość stworzy nowy, lepszy świat? A może jest skazana na samozagładę?


Karty historii silosu czekają, by je zapisać.

***

Pył.

Aby powstał nowy świat, stary musi upaść.


Mieszkańcy silosu 18 uczą się żyć w nowej rzeczywistości. Niektórzy akceptują zmiany, inni obawiają się nieznanego. Nikt z nich nie ma kontroli nad własnym losem. Silosowi wciąż zagrażają ludzie dążący do jego zniszczenia, a Jules musi ich powstrzymać.


W Pyle, ostatniej części bestsellerowej trylogii Silos, wybory dokonane przez rządzących silosami mogą doprowadzić do zbawienia… lub do śmierci wszystkich na planecie.





Rękopis Hopkinsa R. C. Sherriff

Rękopis Hopkinsa R. C. Sherriff

"I tak otrzymaliśmy Rękopis Hopkinsa - słaby, samotny krzyk udręki z gęstniejącego mroku umierające Anglii [...]"


Rewelacyjna okładka ukrywa wymagającą, klimatyczną, spokojną nieuchronnością lekturę.

Jeśli ktoś lubi klimat powieści Johna Wyndhama to poradzi sobie z tą lekturą, zarypiście dającą do myślenia i ryjącą nasz spokojny, konsumencki i egocentryczny berecik.

Nieuchronny przekaz końca wszystkiego, co istnieje wokół nas wpleciony został w klasyczną, rzekomo monotonną narrację, która znakomicie przekazuje nadchodzącą grozę i narastające napięcie.

Ludzie czekający na koniec świata przejawiają różne postawy: od agresywnej, po optymistyczną. Świetnie jest to ukazane i serio troszkę kojarzy się z filmem Nie patrz w górę, z tym, że w filmie to był prawdziwy hardcore...

Czytając to, od razu człowiek się zastanawia: czy chciałabym wiedzieć wszystko od razu, czy pławić się w beztroskiej niewiedzy do samego końca? Czy chciałabym być na miejscu bohatera i wiedzieć wszystko?

Chyba nie.

Fajna też nachodzi refleksja podczas lektury, że czasami serio warto zastanowić się nad tym wszystkim, co rząd i media wklepują do naszej bazy danych...

Końcowka trochę nie moja, ale pokazuje doskonale, co tak naprawdę stanowi zagrożenie dla durnego ludzia. Bo Ziemia poradzi sobie ze wszystkim, się okazuje.

Nawet z Księżycem.

"... wszystko musi kiedyś przeminąć... i w końcu zapanuje spokój i cisza."

Lubię takie, troszkę przypominała mi świetną Ścianę, chyba przez wzgląd na narrację właśnie.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Tysiąc lat po upadku cywilizacji zachodniej pionierska ekspedycja Królewskiego Towarzystwa Abisynii bada Wyspę Brytyjską. Znajduje tam rękopis, którego autorem jest Edgar Hopkins. Ten były nauczyciel i dumny hodowca drobiu, astronom amator i członek Brytyjskiego Towarzystwa Księżycowego, spisał swoją relację w ruinach Londynu.


Nadchodzący kataklizm śledzimy z perspektywy mieszkańców angielskiego miasteczka, którzy egzystencjalne zagrożenie traktują z obojętnością, apatią, ignorancją i lekceważeniem. Mistrzowsko ukazany Hopkins to nadęty nudziarz, próżny, trochę żałosny i niezamierzenie komiczny, ale wszystkie te przywary sprawiają, że jego opowieść o upadku cywilizacji jest głęboko ludzka i poruszająca, choć również pełna doskonałego angielskiego humoru.


Opublikowana w 1939 roku powieść nabiera przerażająco aktualnego znaczenia, przedstawiając wypieranie niewygodnej prawdy niczym we współczesnym filmie "Nie patrz w górę".





SILENT NIGHT film 2021

SILENT NIGHT film 2021

Zdaję sobie sprawę z tego, że to w założeniu miała być czarna komedia, ale to był jeden z najbardziej przerażających filmów, jakie oglądałam.

Zagrał mi na emocjach właśnie przez to zestawienie pseudo humoru i prawdziwej grozy.

PRAWDZIWEJ.

Nie czytałam recenzji, więc nie do końca  wiedziałam, czego oczekiwać, ale z pewnością nie oczekiwałam TEGO.

To swojego rodzaju blowmind na poziomie, który w trakcie oglądania kazał się mega intensywnie zastanawiać - co ja bym zrobiła...?

Lepiej nie grzebać i nie doczytywać, o czym naprawdę jest ta historia. Zaskoczenie będzie naprawdę o wiele większe.

Napiszę tylko tak - TO NIE JEST tak do końca ŚWIĄTECZNA KOMEDIA.

Polecam mega!


MOJA OCENA: 8/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Idealne przyjęcie świąteczne znajduje nieoczekiwany finał.


Armageddon House Michael Griffin

Armageddon House Michael Griffin

"Ludzkie zwierzę bywa wstrętne, zwłaszcza w niewoli."

No tak, założenie tej historii jest proste: w hermetycznym bunkrze, bardzo głęboko pod ziemią, mieszkają cztery osoby. 

Dwie pary. 
Pozornie.

Nie wiedzą, dlaczego zostali tam umieszczeni, mają tylko strzępki chaotycznych i mglistych wspomnień. Wszyscy wiedzą, że coś się wydarzyło, świat jakoś się skończył, ale czy to eksperyment? Czy są obserwowani? Monitorowani? Kontrolowani? 

"Jesteśmy w starannie zaprojektowanym, utopijnym miejscu, mamy tu jak na wczasach [...] Tyle że połączonych z odrobiną pracy i rutynowych obowiązków, żeby życie zachowało pozory normalności, a my równowagę."

Myśl o tym i niepewność rodzi w nich paranoję: kto wie więcej, co wie i ile naprawdę pamięta. Bohaterowie starają się ułożyć w całość wskazówki, które zwiększą ich prawdopodobieństwo przeżycia, ale ma to swoje konsekwencje psychologiczne. 

I co kryje się za tajemniczymi i wiecznie zamkniętymi drzwiami, znajdującymi się na końcu skalnego korytarza?

Lektura ta dla większości (ba! chyba dla każdego!) będzie frustrująca i niezrozumiała, doprowadzająca do szału tym, że nie ma tu absolutnie żadnych konkretnie zdefiniowanych odpowiedzi. To tak, jakbyśmy oglądali jakieś dzieło Lyncha lub serial Lost, gdzie tylko autorzy wiedzieli, o co tu tak naprawdę chodziło (a może i też nie, jak w przypadku Lostów ;-)).

Nie wiem, czy trochę nie podpowiem, jeśli odniosę się tu do kolejnego mega wierd'owskiego dzieła Iana Reid'a Może pora z tym skończyć, ale tak sobie myślę, że chyba nie będzie to aż tak oczywiste skojarzenie.

Na pewno Wydawnictwo IX powinno przewidzieć jakieś nagrody za rozwikłanie sensu tej historii!

Ja kompletnie nie squmałam jej puenty (ani całości) i choć wiem już, dzięki mądrzejszym od siebie (Krzyś - dzięki, bo chyba bym na głowę dostała!), o co tu chodziło, to do tej pory mam więcej pytań, niż odpowiedzi.

TU NIC NIE JEST TYM, CZYM SIĘ WYDAJE, ŻE JEST...

Narracja jest wciągająca, klimat bardzo odczuwalny, klaustrofobiczny, wsiąkamy w niego i w to powolne szaleństwo, aby pod koniec zapytać z wytrzeszczem: WTF...?!

I m.in. za ten pomysł właśnie, który (chociaż mi osobiście nie pasuje) ma w sobie znamiona geniuszu, taka ocena.

Świetna okładka - Krzysztof Biliński!

POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Mark, Jenna, Greyson i Polly mieszkają w nowoczesnym bunkrze. Ten podziemny świat zaspokaja ich niezbędne potrzeby. Posiada dobrze wyposażoną kuchnię, siłownię i basen, a nawet pewnego rodzaju muzeum. Jego zaopatrzenie wystarczyłoby na całe życie. Z dala od świata zewnętrznego bohaterowie starają się zachować zdrowie psychiczne, przestrzegając ustalonych procedur i przyjmując codziennie nieokreślone leki. Tyle że żadne z nich nie pamięta dokładnie, jak się tam znalazło, ani co powinno robić. W miarę narastania pytań rośnie napięcie i rzeczywistość przestaje być stabilna.



AUTOR

Niebieska Księga z Nebo Manon Steffan Ros

Niebieska Księga z Nebo Manon Steffan Ros

"Strach nie jest tym samym stworzeniem co przed Kresem. Jest łagodniejszy, bo wszechobecny i pozbawiony takiej mocy jak wcześniej."


Literatura piękna. Bez przesady mozna tak napisać o tej powieści. Oszczędna w słowach, ale jakże wymowna. Bardzo emocjonalna i głęboka. Przykład na to, jak oszczędną narracją można przekazać grozę.

Dwie narracje. Matka i syn. I malutka córeczka.

Zagłada świata - Kres.

"...dostrzega się urodę świata. Teraz jest bardziej piękna niż przed Kresem. Albo i nie. Nic się nie zmieniło, to tylko my przejrzeliśmy na oczy."

Matka, która stara się opisać życie, jakie pamięta sprzed Kresu, życie, jakie my wszyscy teraz znamy.

Syn, który opisuje życie w świecie dystopii, która jest dla niego tak realna, jak dla nas odległa.

Wartości, które przetrwają wszystko, nawet zagładę świata. Miłość. Książki (nie ebooki - niestety). Rodzina. Radość z prostych rzeczy. Walka o przetrwanie. 

"Przed Kresem istnienie było czymś całkiem innym."


Strasznie brzydka okładka, ale w swej nijakości przekazuje w jakis sposób dramat tej historii.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Piękna opowieść o końcu świata i o tym co dzieje się później.




AUTOR

↓


Świat po powodzi Kassandra Montag

Świat po powodzi Kassandra Montag

"Świat stał się archipelagiem gór wśród bezmiaru wód."

Tytuł średni.
Okładka średnia.
A treść bardzo bardzo dobra.

Post apo. Ale zupełnie inne, niż te, które czytałam do tej pory z tej kategorii.


"W okresie, kiedy się urodziłam, woda zatopiła już wybrzeża na całym świecie. Wiele krajów utraciło wskutek tego połowę swoich terytoriów. Migranci uciekali w głąb lądów, nagle Nebraska stała się gwarnym, zatłoczonym obszarem. 
Nikt jednak nie wiedział, że najgorsze miało dopiero nadejść - wielka powódź, trwająca sześć lat.
Poziom wody podniósł się wyżej, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć, zmieniając całe kraje w dno oceanu, a każde ich miasto w nową Atlantydę."

Wszystko dzieje się praktycznie na statku, więc może dlatego historia ta klimatem i otoczeniem bardzo przypominała mi Terrror Simmonsa, choć nie ma tu zupełnie paranormalnych sytuacji.

Jest dramat. I miłość. I nadzieja.


Narracja raczej statyczna, spokojna, ale akcja już nie:)

Polecam bardzo!
I coś tam tliło się w końcówce na tom 2 - mam nadzieję.


MOJA OCENA:8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***

Zapierająca dech w piersiach walka o przetrwanie w postapokaliptycznym świecie. W wyniku zmian klimatycznych świat uległ całkowitemu przeobrażeniu. Po latach powolnego podnoszenia się wód oceanicznych nadszedł straszliwy potop. Zachował się jedynie archipelag kolonii, utworzony ze szczytów górskich i otoczony bezkresną przestrzenią otwartej wody. Twarda i niezależna Myra mieszka z córką na niewielkiej łodzi. Na ląd schodzi tylko po to, żeby wymieniać się zapasami i informacjami. Jest gotowa zabić każdego, kto zagraża życiu jej i córki. Przedwcześnie dojrzała, zadziorna Pearl stanowi dla Myry jedyny powód do życia. Pomaga jej też zagłuszać bolesne wspomnienia o starszej zaginionej córce. Row zniknęła, gdy uderzył przerażający przypływ, zmiatając ich dom z powierzchni ziemi. Pewnego dnia Myra odkrywa, że Row żyje: jest przetrzymywana przez brutalny gang na dalekiej północy, w miejscu, które pozostało po dawnej Grenlandii. Myra wyrusza w niebezpieczną podróż do lodowych mórz, by uratować dziecko. W tej porywające, pełnej akcji, ale też czułości i zadumy opowieści mroczna, rozpacz łączy się z rosnącą nadzieją. Prawdziwie „nieodkładalna” książka.



AUTOR
↓





Stinger Robert McCammon

Stinger Robert McCammon

"Jedyną rasą, która naprawdę się liczy, jest rasa ludzka."

Stare, ale jakie jare!
Jaka klasa i styl.
I klimat lat 80'tych!

Horror. Obcy. Małe miasteczko.
I mistrz Robert McCammon.

Mieszanka wybuchowa, gwarantująca doskonałą rozrywkę na mega poziomie.

Skrócik. 

Akcja rozgrywa się w ciągu jednej nocy.
Obcy statek kosmiczny rozbija się na ziemi, z powodu awarii, z ufiakiem za sterami (Daufinem). Statek tworzy tarczę wokół miasta, przez którą nikt nie może się przebić.
Drugi ufiak (Stringer - łowca nagród) przybywa na ziemię, aby go wytropić. Istota ta ma zdolności do przejmowania ciał gospodarzy (trochę jak w Crittersach XD).
A wszystko to dzieje się na oczach przerażonych mieszkańców wymierającego miasteczka Inferno, w zachodnim Teksasie.

Fajnie?


Stare, dobre, nieprzekombinowane klimaty.
Dobro vs. zło.
Kosmici vs. ziemianie.
Który kosmita jest zły?
A który jest gorszy?

Troszkę atmosfery z Kinga - Pod kopułą, jeśli chodzi o sam pomysł;)

Rewelacyjnie się to wszystko czyta!!!!

Wada?
Powieść praktycznie niedostępna...


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

1. ŚWIT
Wschodziło słońce. Podnoszące się znad ziemi ciepło rozedrganymi widmowymi falami zapędzało do nor nocne stworzenia.
Karmazynowa zorza rozjaśniała się pomarańczowym blaskiem. Przytłumione szarości i zgaszone brązy ustępowały pola soczystej purpurze i ciemnemu bursztynowi. Pustynne kaktusy i sięgające kolan bylice rzucały niskie fioletowe cienie, a poszarpane ściany głazów rozjarzały się szkarłatem barw wojennych Apaczów. Kolory poranka mieszały się wypełniając jary i szczeliny tej dzikiej krainy, roziskrzając różem wijącą się wstęgę Snake River.
Coraz silniejsze światło i nasycająca się zapachem pustynia skłoniły śpiącego pod gołym niebem chłopca do otworzenia oczu. Mięśnie miał zesztywniałe od snu i przez kilka chwil leżał na wznak, wpatrzony w bezchmurne niebo pławiące się w powodzi złota. Wydawało mu się, że pamięta sen – jakaś scysja z ojcem, który wywrzaskuje raz po raz bełkotliwym pijackim głosem jego imię, za każdym powtórzeniem coraz bardziej je zniekształcając, aż w końcu wychodzi z tego jakieś przekleństwo – ale pewien nie był. Zazwyczaj nie miewał dobrych snów, a już na pewno nie zaliczały się do nich te z awanturującym się i uśmiechniętym wrednie starym w roli głównej.
Usiadł, podciągnął kolana pod brodę, wsparł na nich ostro zarysowany podbródek i zapatrzył się w słońce eksplodujące ponad pasmem postrzępionych grani, które zamykały wschodni horyzont za Inferno i Bordertown. Wschód słońca kojarzył mu się zawsze z muzyką i dzisiaj słyszał w nim nastawione na pełną moc, ostre, czadowe, zawodzące solo gitarowe Iron Maiden. Lubił sypiać pod gołym niebem, nawet, jeśli wiązało się to z torturą rozruszania po przebudzeniu zdrętwiałych członków, bo lubił być sam i lubił podziwiać te wczesnoporanne barwy pustyni.
Za jakieś dwie godzinki, kiedy słońce naprawdę się rozpali, pustynia przybierze odcień popiołu i będzie niemal słychać, jak skwierczy rozprażone powietrze. Komuś, kto w południe nie znalazłby na tej Wielkiej Patelni skrawka cienia, żar zmieniłby mózg w spieczoną masę.
Ale teraz było fajnie. Rześkość poranka stwarzała – co z tego, że na krótko? – Wrażenie piękna. W takich chwilach chłopcu zdawało się, że budzi się daleko, daleko od Inferno.
Siedział na płaskim, wielkim jak półciężarówka, głazie wchodzącym w skład formacji skał, którą miejscowi, z racji jej opływowych kształtów, nazywali Bujanym Fotelem. Bujany Fotel pobazgrany był gmatwaniną graffiti naniesionych farbą w sprayu, durnych przysiąg i informacji typu: GRZECHOTNIKI UDZIABAŁY JURADO W KUTASA, pod grubą warstwą, których ginęły pozostałości po piktografiach wyrytych przed trzystu laty przez Indian. Wznosił się na grzbiecie wzgórka porośniętego z rzadka szczeciną kaktusów, karłowatych krzaków i bylic, jakieś sto stóp ponad poziomem pustyni. Chłopiec, kiedy sypiał poza domem, tutaj przeważnie mościł sobie legowisko, z którego mógł sięgnąć wzrokiem do samych granic swego świata.
Od północy, od strony równin Teksasu, nadbiegała czarna, równa nitka szosy 67, która zbliżywszy się do miasteczka przechodziła na dwie mile w Republica Road, pod tą nazwą przecinała Inferno, przeprawiała się mostem na drugi brzeg Snake River, gdzie przepoławiała nędzne Bordertown, by zaraz za nim stać się na powrót szosą 67, oddalić ku górom Chinati i Wielkiej Patelni, po czym zniknąć na południu. Teraz jak okiem sięgnąć ani południowym, ani północnym odcinkiem szosy 67 nic nie jechało; kilka sępów zataczało kręgi nad jakąś padliną – pancernika, królika albo węża – leżącą na poboczu. W pewnej chwili spadły na swój łup, a chłopiec życzył im w duchu smacznego.
Na wschód od Bujanego Fotela rozciągała się siatka uliczek Inferno. W „centrum administracyjnym" wznosiły się pudełkowate budynki z cegły otaczające mały prostokąt parku Prestona z pomalowanym na biało podium dla orkiestry, kaktusami zasadzonymi przez Radę do Spraw Upiększania, i naturalnej wielkości osłem wykutym z białego marmuru. Chłopiec pokręcił z politowaniem głową, wyciągnął paczkę winstonów z wewnętrznej kieszeni spłowiałej denimowej kurtki i zapalniczką Zippo przypalił sobie pierwszego tego dnia papierosa. Co za ironia losu, pomyślał, że akurat jemu przyszło pędzić życie w mieście wywodzącym swą nazwę od imienia jakiegoś zafajdanego osła.
Inna rzecz, że u uwiecznionego w marmurze zwierzęcia można się było również dopatrzeć sporego podobieństwa do matki szeryfa Vance'a.
Drewniane i kamienne domki ciągnące się wzdłuż uliczek Inferno rzucały głębokie cienie na klepiska podwórek i popękany od gorąca beton. Nad placem serwisu używanych samochodów Macka Cade'a przy Celeste Street zwisały smętnie sznury różnokolorowych plastykowych chorągiewek. Plac był otoczony wysokim na osiem stóp ogrodzeniem z drucianej siatki, zwieńczonym pasmami drutu kolczastego, a wielka czerwona tablica nad bramą zachęcała: HANDLUJ Z CADE'EM -PRZYJACIELEM CZŁOWIEKA PRACY.
Chłopiec dobrze wiedział, że każdy ze stojących tam samochodów to szmelc składany z rozbieranych na części kradzionych wozów; najlepszy z tych gruchotów nie był w stanie przejechać więcej jak pięćset mil, ale Cade wciskał je bez trudu Meksykanom. Tak czy siak, handlem używanymi samochodami Cade dorabiał sobie tylko na drobne wydatki. Prawdziwe interesy robił w zupełnie innej branży.
Dalej na wschód, tam gdzie przy narożu parku Prestona Celeste Street przecinała Brazos Street, oświetlane słońcem jarzyły się pomarańczowo szyby Pierwszego Banku Teksaskiego w Inferno. Ze swoimi dwoma piętrami budynek stanowił najwyższą konstrukcję w Inferno, jeśli nie liczyć wielkiego szarego ekranu kina StarLite dla zmotoryzowanych. Kiedyś siedząc tutaj na górze, w Bujanym Fotelu, można było oglądać za frajer filmy, a dialogi, przy odrobinie wyobraźni, dopowiadać sobie samemu. Ale czasy się zmieniły.
Chłopiec zaciągnął się papierosem i wydmuchnął w niebo kilka dymnych kółek. Kino dla zmotoryzowanych zamknięto zeszłego lata i ta należąca do miasteczka nieruchomość stała się od tamtego czasu siedliskiem skorpionów i węży. Mniej więcej milę na północ od StarLite stał niewielki budynek z pustaków przykryty dachem przypominającym zaskorupiały strup. Mały, wysypany żwirem parking przed budynkiem świecił pustkami, ale około południa zacznie się zapełniać. Bob Wire Club był jedynym miejscem w miasteczku, które przynosiło jeszcze jakiś dochód. Piwo i whiskey to spora pociecha stroskanych.
Żarówki elektrycznego zegara na frontowej ścianie banku wyświetliły 5:57, a potem wskazanie zmieniło się w mgnieniu oka, by obwieścić temperaturę powietrza: 78°F. Wszystkie cztery sygnalizatory uliczne Inferno migały, każdy sobie, ostrzegawczą żółcią.
Chłopiec nie zdecydował się jeszcze, czy pójdzie dzisiaj do szkoły. Może wybierze się na przejażdżkę po pustyni, będzie gnał przed siebie, dopóki nie skończy się droga, a może wdepnie do salonu gier i spróbuje pobić swój rekord na automatach do gry w artylerzystę i galaktyjczyka. Spojrzał na wschód, gdzie po drugiej stronie Republica Road widać było szkołę średnią imienia W. T. Prestona oraz miejską szkołę podstawową w Inferno, dwa długie, przysadziste budynki z cegły, które kojarzyły mu się z filmami o więzieniach. Stały naprzeciw siebie, przedzielone wspólnym parkingiem, a za budynkiem szkoły średniej rozciągało się boisko futbolowe, na którym słońce dawno już wypaliło rachityczną, posianą na jesieni trawę. Nowej trawy nikt już nie posieje, na tym boisku nikt już nie zagra. Patrioci ze szkoły średniej imienia Prestona wygrali w sezonie tylko dwa mecze i zajęli ostatnie miejsce w okręgu Presidio. Czy można się, więc dziwić, że wszyscy stracili zainteresowanie drużyną?
Wczoraj odpuścił sobie szkołę, a jutro piątek, dwudziesty piąty maja, dzień zakończenia roku szkolnego dla ostatnich klas. Stopnie zostały już wystawione i wiadomo, że wraz z resztą klasy otrzyma świadectwo ukończenia szkoły średniej, jeśli tylko odda projekt z prac ręcznych. A więc może lepiej wcielić się jednak dzisiaj w przykładnego ucznia i zjawić w szkole. Albo przynajmniej tam zajrzeć i zbadać sytuację. Może uda się wyciągnąć na wagary Czołga, Bobby'ego Claya Clemmonsa czy kogo tam; może któremuś z tych meksykańskich gnojków należy się łomot? Jeśli tak, to on chętnie mu go spuści.
Jasnoszare oczy chłopca, spoglądające poprzez mgiełkę papierosowego dymu, zwęziły się. Widok oglądanego z góry Inferno napełniał go dziwnym niepokojem, rozdrażniał i wyzwalał agresję, zupełnie jakby coś go swędziało, a nie mógł się podrapać. Podejrzewał, że to pewnie przez tę mnogość ślepych uliczek w miasteczku. Cobre Road, która przecinała Republica Road, odbiegała co prawda wzdłuż koryta Snake River dobre osiem mil na zachód, ale po to tylko, by mijać po drodze kolejne świadectwa upadku: kopalnię miedzi i ranczo Prestona oraz kilka innych, walczących jeszcze o przetrwanie śladów dawnej świetności.
Coraz silniejsze światło słoneczne bynajmniej nie przydawało Inferno urody; odwrotnie – eksponowało wszystkie blizny. Spieczone słońcem, zakurzone miasteczko umierało i Cody Lockett wiedział, że w przyszłym roku o tej porze nikogo już tu nie będzie. Inferno wyschnie i wyparuje; wiele domów już opustoszało, ich mieszkańcy spakowali się i przenieśli na bujniejsze pastwiska.
Travis Street biegła z północy na południe, dzieląc Inferno na część wschodnią i zachodnią. Część wschodnią zapełniały w większości drewniane domy, z których odpadała płatami farba, i z których każdy w połowie lata stanie się piecem. Część zachodnia, zamieszkana przez właścicieli sklepów i ludzi zamożniejszych, zdominowana była przez domy z białego kamienia bądź z cegły, a gdzieniegdzie na podwórkach widniały kępki polnych kwiatków. Ale część ta wyludniała się w szybkim tempie: z każdym tygodniem rosła liczba zamykanych interesów; pośród polnych kwiatków wyrastało coraz więcej tabliczek z napisem: NA SPRZEDAŻ.
Na północnym krańcu Travis Street, po drugiej stronie zarośniętego zielskiem parkingu, stał piętrowy budynek mieszkalny z czerwonej cegły, o oknach parteru zabitych arkuszami blachy. Wzniesiono go pod koniec lat pięćdziesiątych – w okresie prosperity, ale teraz straszył pustymi pokojami. Zaanektowała go i ufortyfikowała banda Renegatów, której szefował Cody Lockett. Każdy członek el Culebra de Cascabel – Grzechotników, bandy młodych Meksykanów z Bordertown – dorwany po zmroku na terytorium Renegatów, miał przechlapane. A terytorium Renegatów obejmowało cały teren na północ od mostu nad Snake River.
Tak było trzeba. Cody wiedział, że Meksykanie, gdyby ich nie trzymać krótko, wleźliby wszystkim na głowę, zabieraliby ludziom pracę i pieniądze. Trzeba więc było pilnować, żeby siedzieli tam, gdzie ich miejsce, i wynosić na kopach z powrotem, gdyby ważyli się wychylić stamtąd nos. Dzień w dzień, rok po roku stary wbijał to Cody'emu do głowy. Meksykańcy, mawiał, są jak te psy, którym trzeba od czasu do czasu profilaktycznie dokopać, żeby wiedziały, kto tu jest panem.
Ale czasami, kiedy Cody dobrze się nad tym zastanowił, przestawał rozumieć, co takiego złego robią Meksykanie. Byli przecież bez pracy, jak wszyscy w okolicy. No tak, ale ojciec twierdził, że to przez nich upadła kopalnia miedzi. Mówił, że psują wszystko, czego się tkną. Mówił, że doprowadzili do ruiny stan Teksas, i nie spoczną, dopóki nie zrujnują całego kraju. Niedługo zaczną gwałcić białe kobiety na ulicach, prorokował starszy Lockett. Trzeba trzymać tę hołotę za mordę! Niech wie, kto tu rządzi.
Czasami Cody wierzył w słowa ojca, czasami nie; zależnie od nastroju. W Inferno źle się działo i chłopiec zdawał sobie sprawę, że w nim samym też coś pęka. Może lżej człowiekowi na duszy, tłumaczył sobie, kiedy zamiast za wiele medytować, skopie jakiś meksykański zadek. Tak czy inaczej, cała ta niechęć do Meksykańców sprowadzała się do niewpuszczania Grzechot-ników do Inferno po zachodzie słońca; dbało o to sześciu kolejnych szefów Renegatów, a teraz obowiązek egzekwowania zakazu spadł na Cody'ego.
Cody wstał i przeciągnął się. Słońce podświetliło jego kręcone, piaskowe włosy przystrzyżone krótko po bokach i wieńczące gęstą strzechą wierzch głowy. U przekłutego płatka lewego ucha dyndała mała srebrna czaszka.
Chłopak rzucał smukły cień; mierzył sześć stóp, był długonogi i dobrze zbudowany, a z całej jego postawy biła zadziorność. Jego twarz zdradzała stanowczość, nie uświadczyło się w niej ani śladu łagodności. Podbródek i nos były ostro zarysowane, a gęste jasne brwi zjeżone i gniewnie ściągnięte. Potrafiłby odstraszyć samym spojrzeniem grzechotnika i dorównać w biegu królikowi, a idąc, kroki stawiał długie, jakby próbował wyrywać nogi z pęt Inferno.
Piątego marca zaczął osiemnasty rok i nie miał żadnego pomysłu na resztę życia. Przyszłość stanowiła temat, nad którym zastanawiania się skrzętnie unikał, i świat po przyszłej niedzieli, czyli od dnia, kiedy wraz z sześćdziesięciorgiem trojgiem pozostałych uczniów najstarszej klasy otrzyma świadectwo ukończenia szkoły średniej, jawił mu się jako niezbadana biała plama. Ze swoimi ocenami nie miał co marzyć o college'u, a na zawodówkę nie było pieniędzy. Stary przepijał wszystko, co zarobił w piekarni, i większość tego, co Cody przynosił do domu ze stacji benzynowej Texaco. Cody wiedział przynajmniej tyle, że pracę przy nalewaniu paliwa do baków i przy samochodach ma zagwarantowaną, do kiedy będzie chciał. Pan Mendoza, właściciel stacji, był jedynym porządnym Meksykaninem, jakiego znał, a ściślej – raczył znać.
Wzrok Cody'ego przesunął się na południe, za rzekę, ku skupisku małych domków i budynków Bordertown – dzielnicy meksykańskiej. Cztery tamtejsze wąskie, zakurzone uliczki zamiast nazw nosiły numery i wszystkie, z wyjątkiem ulicy Czwartej, były ślepe. Najwyższy punkt Bordertown stanowiła wieża katolickiego kościoła Ofiary Chrystusowej, z krzyżem połyskującym teraz w pomarańczowej łunie poranka.
Ulica Czwarta prowadziła na zachód, do autoserwisu Macka Cade'a, zajmującego dwa akry labiryntu wypatroszonych karoserii, stosów używanych części samochodowych, starych opon, baraków, w których mieściły się warsztaty, oraz wybetonowanych kanałów. Wszystko to otoczone było wysokim na dziewięć stóp ogrodzeniem z drucianej siatki zwieńczonej spiralą drutu kolczastego. Przez brudne szyby jednego z warsztatów widać było płomienie palników acetylenowych. Do uszu Cody'ego dochodziło też poświstywanie automatycznego klucza do nakrętek. Przed barakiem czekały na załadunek trzy ciągniki siodłowe z naczepami. Cade kręcił ten interes na trzy zmiany, czyli na okrągło, i wykręcił już sobie z niego ogromną modernistyczną, murowaną rezydencję z basenem pływackim i kortem tenisowym, mieszczącą się jakieś dwie mile na południe od Bordertown, a zarazem o tyle bliżej granicy z Meksykiem. Cade proponował Cody'emu prace w swoim autoserwisie, ale Cody wiedział, czym naprawdę para się ten człowiek, a do wstąpienia na taką drogę bez odwrotu nie był jeszcze gotów.
Zwrócił się ku zachodowi i rzucając teraz cień przed siebie pobiegł wzrokiem wzdłuż czarnej nitki Cobre Road. W odległości trzech mil ział ogromny czerwony, obwiedziony szarą kryzą krater kopalni miedzi Prestona, przywodzący na myśl ropiejący wrzód. Krater otaczały opuszczone budynki biurowe, puste magazyny, budynek rafinerii pokryty aluminiowym dachem oraz porzucone maszyny. Wszystko to kojarzyło się Cody'emu ze szczątkami dinozaurów, z których pod wpływem pustynnego słońca zeszła skóra. Cobre Road minąwszy krater biegła dalej wzdłuż słupów linii energetycznej w kierunku rancza Prestona.
Chłopiec przeniósł wzrok z powrotem na pogrążone we śnie miasteczko -liczba mieszkańców: około tysiąca dziewięciuset, szybko topniejąca – i wydało mu się, że słyszy tykające w domach zegary. Słońce wciska się tam teraz poprzez szpary w zasłonach i żaluzjach, oblewając ściany ognistą purpurą. Niebawem rozdzwonią się budziki, obwieszczając brutalnie rozespanym właścicielom początek nowego dnia; ci, którzy mają jeszcze pracę, ubiorą się pośpiesznie i wybiegną z domów do pracy czy to w nielicznych sklepikach, jakie funkcjonowały jeszcze w Inferno, czy gdzieś na północy, w Fort Stockton albo w Pecos. A pod wieczór wrócą do swoich małych domków, zasiądą przed migoczącymi ekranami telewizorów i wypełniać będą najlepiej jak potrafią otaczającą ich pustkę, dopóki te cholerne zegary nie obwieszczą, że pora spać. Tak to będzie, dzień po dniu, od teraz aż do chwili, kiedy zatrzasną się ostatnie drzwi i odjedzie stąd ostatni samochód – a wtedy zostanie tu tylko martwa, zagarniająca wszystko pustynia.
–A co mnie to obchodzi?! – mruknął Cody i wydmuchnął nosem dym z papierosa. Wiedział, że tutaj nie czeka go żadna przyszłość. Gdyby nie słupy telefoniczne, nie te kretyńskie programy telewizji amerykańskiej i meksykańskiej oraz dwujęzyczny bełkot odbiorników radiowych, można by pomyśleć, że całe to ospałe miasteczko leży tysiące mil od cywilizacji. Spojrzał na północ, wzdłuż Brazos Street, ponad dachami domów i wzniesionego z białego kamienia kościoła baptystów w Inferno. Tuż przed krańcem Brazos widać było zdobną bramę z kutego żelaza i takież ogrodzenie otaczające Wzgórze Drzew Jozuego -cmentarz Inferno. Ocieniały go, zgodnie z nazwą, rachityczne, rzeźbione wiatrem drzewka Jozuego, ale tak zwane wzgórze w rzeczywistości było ledwie pagórkiem. Chłopiec patrzył przez chwilę na nagrobki i stare pomniki, a potem przeniósł wzrok z powrotem na domy; nie dostrzegł specjalnej różnicy.
–Ej, wy tam, zafajdane zombi! – krzyknął. – Pobudka! – Jego głos przetoczył się nad Inferno, ciągnąc za sobą echo psiego ujadania.
–Nie będę taki jak wy – wymamrotał Cody z papierosem zwisającym z kącika warg. – Przysięgam przed Bogiem, że nie będę.
Kierował te słowa do konkretnej osoby, bo wypowiadając je patrzył na szary drewniany domek w dole, stojący niedaleko skrzyżowania ulic Sombra i Brazos. Stary pewnie nie zauważył, że syn nie wrócił na noc, a jeśli nawet, to mało go to obeszło. Ojcu potrzebna była tylko butelka i miejsce do jej odespania.
Cody zerknął na budynek szkoły średniej Prestona. Jeśli nie odda dzisiaj tego projektu z prac ręcznych, Odeale może mu nabruździć, kto wie, czy nie cofnie nawet promocji? Cody nie mógł ścierpieć, kiedy jakiś palant pod krawatem zaglądał mu przez ramię i pouczał, rozmyślnie więc spowalniał pracę do iście ślimaczego tempa. Dzisiaj jednak musi wreszcie skończyć tę robotę; już sześć tygodni chrzanił się z tym zawszonym wieszakiem na krawaty, a przecież przez ten czas byłby w stanie zmajstrować sprzęty na umeblowanie całego pokoju!
Słońce rozpalało się na dobre. Żywe barwy pustyni jakby płowiały w jego blasku. Szosą 67 nadjeżdżała z włączonymi wciąż reflektorami ciężarówka wioząca z Odessy poranne gazety. / podjazdu przed jednym z domów przy Bowden Street wyjechał tyłem granatowy chevrolet. Stojąca na ganku kobieta w szlafroku machała mężowi na pożegnanie. Ktoś otworzył drzwi od podwórka i wypuścił z domu żółtego kota, a ten natychmiast rzucił się w pogoń za królikiem, zapędzając go w kępę kaktusów. Na poboczu Republica Road rozszarpywały swoje śniadanie myszołowy, a nad nimi krążyły z posępną powolnością inne drapieżne ptaszyska.
Cody zaciągnął się po raz ostatni papierosem. Doszedł do wniosku, że przed szkołą wypadałoby wrzucić coś na ruszt. W domu walały się zwykle jakieś zeschnięte pączki, to mu wystarczy.
Odwrócił się plecami do Inferno i zsunął ostrożnie ze skał na piasek. Nieopodal stał czerwony motocykl – honda dwieście-pięćdziesiątka – który sklecił sobie przed dwoma laty z części kupionych w autoserwisie Cade'a. Cade nie zdarł z niego skóry, a Cody był na tyle rozgarnięty, żeby nie zadawać głupich pytań. Silnik hondy, podobnie jak większość silników i części karoserii sprzedawanych przez Cade'a, miał spiłowane numery identyfikacyjne.
Ruszył do motocykla i w tym samym momencie dostrzegł jakieś poruszenie tuż obok swojego prawego kowbojskiego buta. Przystanął.
Jego cień padał na płaski kamień, na którym przycupnął mały, brązowy skorpion. Wieloczłonowe żądło insekta wygięło się łukiem w górę i dźgnęło powietrze; skorpion nie ustępował pola, Cody uniósł więc but, żeby rozdeptać małego sukinsyna. Miał już opuścić nogę, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Stworzonko od łebka po kolec miało zaledwie trzy cale i Cody mógłby je zgnieść w mgnieniu oka, ale zaimponowała mu postawa malca. Bo trzeba było nie lada odwagi, żeby walczyć z gigantycznym przeciwnikiem o odłamek skały na rozpalonej pustyni. Niewiele w tym sensu, pomyślał Cody, ale trzeba przyznać, że ten maluch do podszytych tchórzem nie należy. Zresztą i tak za wiele atmosfery śmierci unosiło się dzisiaj w powietrzu i Cody postanowił jej nie podsycać.
–Masz go całego dla siebie, amigo – powiedział, ruszając dalej, a skorpion dźgnął żądłem w jego oddalający się cień.
Cody przerzucił nogę nad motocyklem i usadowił się na połatanym skórzanym siodełku. Podwójna chromowana rura wydechowa była powgniatana w wielu miejscach, czerwony lakier zmatowiał i wyblakł. Silnik palił trochę oleju i miał swoje narowy, ale maszyna niosła Cody'ego, gdzie tylko chciał. Na szosie 67 za miastem był w stanie wyciągnąć na niej siedemdziesiątkę, u nic nie działało nań tak kojąco jak ten niski gang silnika i świszczący w uszach wiatr. Właśnie w takich chwilach, kiedy był zdany tylko na siebie, Cody czuł się najbardziej wolny. Wiedział już, że liczenie na innych mąci tylko człowiekowi w głowie. W życiu jest się samotnym i lepiej się z tym pogodzić.
Zdjął z kierownicy parę skórzanych lotniczych gogli, nasunął je na oczy, włożył kluczyk do stacyjki i nastąpił całym ciężarem ciała na dźwigienkę startera. Silnik plunął zrazu kłębem oleiście czarnego dymu i zadygotał, manifestując jakby swoją niechęć do przebudzenia. Potem maszyna ożyła niczym posłuszny, choć czasami narowisty mustang, i Cody ruszył w dół stromego stoku, w kierunku Aurora Street, ciągnąc za sobą warkocz żółtego pyłu. Nie wiedział, w jakim humorze zastanie dzisiaj ojca i już się mobilizował wewnętrznie na to spotkanie. Może jednak uda mu się wślizgnąć do domu i wymknąć stamtąd nie wpadając na starego.
Zerknął na prostą, wyznaczoną szpalerem słupów telefonicznych wstęgę szosy 67 i poprzysiągł sobie, że wkrótce, może zaraz po dniu rozdania świadectw, popędzi tą przeklętą drogą na północ, nie oglądając się ani razu za siebie.
Nie będę taki jak ty, obiecał sobie.
Ale w duchu zżymał się, że z każdym dniem staje się coraz bardziej podobny do starego. Znalazłszy sic na Aurora Street dodał gazu i tylna opona pozostawiła na jezdni czarną smugę.
Nad wschodnim horyzontem stało gorące, czerwone słońce. W Inferno zaczynał  się kolejny dzień (...)

***
Powieść McCammona "rozgrywa się w ciągu 24 godzin w Inferno w Teksasie. Inferno to wymierające miasteczko, doprowadzone na skraj napięcia rasowego, władzy gangów i nieistniejącej gospodarki. 
Ale zawsze może być gorzej.
Bo nadchodzi Stinger.
Stinger jest rodzajem łowcy międzygwiezdnego. Ma misję, którą zamierza zrealizować - za wszelką cenę. Niesie ze sobą nieskończony wachlarz cudów technologicznych i niewyczerpaną zdolność do niszczenia, które zagrażają Inferno, jego mieszkańcom i całemu światu.








AUTOR
↓


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger