"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Życie przed sobą Émile Ajar

"Proszę pana, czy można żyć bez miłości?"


W poprzedniej powieści Rozczarowane, która wskakuje u mnie wysoko w rankingu, była wspomniana pewna książeczka, którą sobie odszukałam i czytłam.

I co?

Nie była ona tak dobra, jak jej "promotorka," ale także była to bardzo wzruszająca opowieść ze świetną narracją małego chłopca i pochowaną prawdą między wierszami, która jest przekazywana w bardzo prosty sposób. Przez co jest bardzo prawdziwa i wzruszająca.

Dlatego właśnie dzięki tej narracji historia chwyta za serce na wielu płaszczyznach.

Ekranizacja też jest cudna z rewelacyjną rolą z Sofią Loren - jesem pod jej wrażeniem!

Polecam dwie formy, jeśli ktoś chce wrażliwej, trudnej tematycznie lektury...


MOJA OCENA: 7/10


OBEJRZYJ FILM!

TU


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Życie przed sobą

Powiedziałem:”Życie ma smak jedynie dla szaleńców”.

Mówią:”Oszalałeś przez Tego, kogo kochasz”.

Yafi’i”Raud al rayahin*

Po pierwsze, to mogę wam powiedzieć, że mieszkaliśmy na szóstym bez windy i że dla pani Rozy była to przyczyna codziennych zmartwień i kłopotów, bo miała tylko dwie nogi do dźwigania tylu kilogramów swojego ciała. Wypominała nam to za każdym razem, kiedy nie skarżyła się na co innego, bo poza tym była Żydówką. Z jej zdrowiem też nie było dobrze, a powiem od razu, że takiej kobiecie jak pani Roza, to się winda należała, żebym tak zdrów był.

Kiedy zobaczyłem pierwszy raz panią Rozę, miałem chyba trzy lata. Przedtem człowiek nic nie pamięta i nic nie wie. To się skończyło, jak miałem trzy albo cztery lata, i czasami tego żałuję.

W Belleville mieszkało dużo innych Żydów, Arabów i Murzynów, ale pani Roza musiała sama drapać się na szóste piętro.

Mówiła nam, że w końcu umrze na tych schodach, i wszystkie dzieciaki w ryk, bo jak ktoś umiera, to trzeba płakać. Było nas tam czasem sześcioro albo siedmioro, a czasem nawet więcej.

Z początku nie myślałem, że pani Roza opiekuje się mną tylko po to, żeby pod koniec miesiąca dostawać pieniądze. Jak się dowiedziałem, że za mnie płacą, miałem już sześć, może siedem lat i strasznie mnie to rąbnęło. Byłem pewny, że pani Roza kocha mnie po prostu, za nic, że coś dla siebie znaczymy. Dlatego płakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie.

Pani Roza od razu zauważyła, że jestem smutny, i zaczęła mi tłumaczyć, że rodzina to nic takiego; niektórzy, jak wyjeżdżają na wakacje, to nawet zostawiają psy przywiązane do drzewa i co roku umiera trzy tysiące takich opuszczonych psów, pozbawionych opieki rodzicielskiej. Wzięła mnie na kolana i przysięgała, że jestem dla niej kimś najdroższym na świecie, a ja zaraz pomyślałem o pieniądzach, rozryczałem się i uciekłem.

Zszedłem na dół, do kawiarni pana Drissa i usiadłem naprzeciwko pana Hamila, co jest wędrownym sprzedawcą dywanów we Francji i wszystko widział. Pan Hamil ma piękne oczy, które wszystkim dobrze robią. Jak go poznałem, był już bardzo stary i od tej pory nic tylko się starzeje.

- Proszę pana, dlaczego pan się zawsze uśmiecha?

- Bo dziękuję codziennie Bogu, że mi dał taką dobrą pamięć, mój mały Momo.

Nazywam się Mohamed, ale wszyscy wołają na mnie Momo, żeby było krócej.

- Sześćdziesiąt lat temu, kiedy byłem młody, spotkałem kobietę, która mnie pokochała, ja też ją kochałem. Trwało to osiem miesięcy, potem ona się przeprowadziła, minęło sześćdziesiąt lat, a ja jeszcze ją pamiętam. Mówiłem jej: nigdy cię nie zapomnę.

Mijały lata, nie zapominałem. Niekiedy ogarniał mnie strach, miałem jeszcze przed sobą wiele lat życia, to czy mogłem być pewny, że dotrzymam danego sobie słowa, ja, prosty człowiek? Przecież to Bóg zamyka szufladki naszej pamięci. Ale teraz już się nie boję: nie zapomnę Dżamili. Zostało mi bardzo mało czasu, niedługo umrę.

Pomyślałem o pani Rozie, zawahałem się i spytałem:

- Proszę pana, czy można żyć bez miłości?

Nie odpowiedział. Napił się mięty, mięta jest bardzo zdrowa.

Od jakiegoś czasu pan Hamil chodzi ciągle w szarej dżelabii, bo nie chciałby stawić się przed Bogiem w marynarce. Popatrzył na mnie i słowem się nie odezwał. Pewnie myślał, że jestem jeszcze niedozwolony dla młodzieży i że niektórych rzeczy nie powinienem wiedzieć. Miałem wtedy chyba siedem lat, a może osiem, nie mogę wam dokładnie powiedzieć, bo nie miałem daty urodzenia, jak się potem sami przekonacie, kiedy się lepiej poznamy, chyba że nie będziecie chcieli.

- Dlaczego pan mi nie odpowiada?

- Jesteś jeszcze zupełnie młody, a jak człowiek jest bardzo młody, to lepiej, żeby wszystkiego nie wiedział.

- Czy można żyć bez miłości?

- Można - powiedział i spuścił głowę, jakby się wstydził.

Rozpłakałem się.

Długo nie wiedziałem, że jestem Arabem, bo nikt mi nie wymyślał. Dopiero w szkole mi to powiedzieli. Ale ja się nigdy nie biłem, to boli, jak kogoś uderzyć.

Pani Roza urodziła się w Polsce jako Żydówka, ale przez wiele lat radziła sobie w Maroku i w Algierii i znała arabski tak jak my wszyscy. Znała też żydowski, z tych samych powodów, i często rozmawialiśmy z sobą w tym języku. Wśród lokatorów naszej kamienicy najwięcej było Murzynów. Na ulicy Bisson są trzy ogniska czarnych i jeszcze dwa gdzie indziej, oni mieszkają tam jak w Afryce, plemionami. Najwięcej jest z plemienia Sara, Tukulorów też niemało. Jeszcze dużo innych plemion mieszka na ulicy Bisson, ale nie mam teraz czasu ich wymieniać. Prawie cała reszta ulicy i bulwaru Belleville jest żydowska i arabska. I tak aż do Goutte d’Or, a potem zaczynają się dzielnice francuskie.

Z początku nie wiedziałem, że nie mam matki, a nawet że w ogóle trzeba mieć. Pani Roza starała się o tym nie mówić, żeby mi głupie myśli nie przychodziły do głowy. Nie wiem, dlaczego się urodziłem i jak to właściwie było. Mój kumpel Mahoute, kilka lat starszy ode mnie, powiedział, że to wszystko przez złe warunki sanitarne. On się urodził w Kasbie w Algierze, dopiero później przyjechał do Francji. W Kasbie nie było jeszcze higieny i Mahoute

urodził się, bo nie było ani bidetu, ani wody bieżącej, ani niczego. Mahoute dowiedział się tego później, kiedy jego ojciec chciał się wytłumaczyć i przysięgał, że to nie było z niczyjej złej woli.

Mahoute powiedział mi, że kobiety, co sobie radzą, mają teraz pigułki dla higieny, ale on się urodził wcześniej.

Przychodziło do nas dużo matek, raz albo dwa razy na tydzień, ale zawsze do innych.

Prawie wszystkie dzieci u pani Rozy były od kurew i jak któraś matka wyjeżdżała na prowincję na kilka miesięcy, żeby tam sobie radzić, zawsze odwiedzała dzieciaka przed wyjazdem i po powrocie. I tak właśnie zacząłem mieć kłopoty z powodu matki. Zdawało mi się, że wszyscy mają matkę, tylko ja nie. Dostawałem nawet skurczów żołądka i konwulsji, żeby tylko przyszła. Po drugiej stronie ulicy mieszkał jeden chłopak, co miał piłkę, i on mi powiedział, że jego matka przychodzi zawsze, jak go boli brzuch. Rozbolał mnie brzuch, ale to nic nie dało, a potem miałem konwulsje i też nic. To żeby się pokazać, zacząłem nawet srać po całym mieszkaniu. Nic. Moja matka nie przyszła, a pani Roza nawymyślała mi od arabskich sraluchów, pierwszy raz, bo ona nie jest Francuzką. Darłem się na nią, że chcę zobaczyć moją matkę, i przez parę tygodni srałem gdzie popadło, żeby się zemścić. Pani Roza powiedziała w końcu, że jak tak będzie dalej, to przyjdą z Domu Dziecka, i tu się nastraszyłem, bo Dom Dziecka to pierwsza rzecz, o której się dzieci dowiadują. No to srałem dalej dla zasady, ale co to za życie. Pani

Roza miała wtedy u siebie siedmiu gówniarzy i wszyscy zaczęli srać na wyścigi, bo dzieciaki zawsze muszą małpować, i tyle tego wszędzie leżało, że ja się już wcale nie liczyłem.

Pani Roza i bez tego była stara i zmęczona i bardzo źle to znosiła, bo przecież prześladowali ją już kiedyś za Żydówkę. Właziła kilka razy dziennie na szóste piętro i jej dwie biedne nogi z trudem dźwigały te dziewięćdziesiąt pięć kilo żywej wagi, a kiedy wchodziła i wszędzie śmierdziało, padała na fotel z całym majdanem i w płacz; no ale trzeba ją zrozumieć. Mówiła, że Francuzów jest pięćdziesiąt milionów mieszkańców i że gdyby wszyscy tak srali, to nawet Niemcy by uciekli, nie wytrzymaliby. Pani Roza w czasie wojny dobrze te Niemcy poznała, ale wróciła stamtąd do siebie. No więc wchodziła do domu, wszędzie śmierdziało, zaczynała wrzeszczeć:”Oświęcim mi tu robicie, prawdziwy Oświęcim!”, bo kiedyś wywieźli ją z Żydami do Oświęcimia. Ale co do rasizmu, to zawsze była w porządku. Na przykład mieszkał u nas mały Mojżesz, i jemu wymyślała od arabskich brudasów, ale mnie nigdy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że jest taka delikatna, chociaż taka gruba. W końcu dałem spokój, bo i tak nic z tego, moja matka nie

przychodziła, ale długo jeszcze miałem skurcze i konwulsje i nawet teraz przez to czasami boli mnie brzuch. Potem próbowałem czego innego, żeby mnie zauważyli.

Ściągałem z lady w sklepach pomidora czy melona, czekałem zawsze, żeby ktoś się odwrócił i zobaczył. Kiedy wychodził właściciel i dawał mi po gębie, wrzeszczałem na cały głos, no ale w końcu ktoś na mnie zwrócił uwagę.

Jednego razu ukradłem jajko ze straganu przed sklepem spożywczym. Właściciel był

kobietą, no i przyuważyła mnie. Wolałem kraść tam, gdzie są kobiety, bo jedyna rzecz, co wiedziałem na pewno, to to, że moja matka jest kobietą, inaczej nie da rady. Wziąłem jajko, schowałem do kieszeni. Właścicielka wyszła i czekałem, aż mnie uderzy, toby mnie na pewno zauważyli. Ale ona tylko przykucnęła i pogłaskała mnie po głowie.

I nawet powiedziała:”Jaki śliczny chłopczyk!”

Pomyślałem najpierw, że chce odebrać jajko i bierze mnie pod włos, więc trzymałem je mocno w kieszeni. Mogła przecież po prostu dać mi za karę w łeb, tak właśnie robi matka, kiedy człowieka przyuważy. Ale ona wstała, podeszła do straganu i dała mi jeszcze jedno jajko. A potem mnie pocałowała. Miałem chwilę nadziei, nie mogę wam tego opisać, to niemożliwe. Aż do południa stałem tak przed sklepem i czekałem. Bo ja wiem, na co?

Kobieta uśmiechała się do mnie czasem, a ja ciągle stałem z moim jajkiem w garści. Miałem sześć lat czy coś koło tego i myślałem, że to jest na całe życie, a przecież chodziło tylko o jajko. Wróciłem do domu i przez cały dzień bolał mnie brzuch. Pani Roza poszła na policję złożyć fałszywe zeznania, o które ją prosiła pani Lola.

Pani Lola to obojniaczka z czwartego piętra, robiła w Lasku Bulońskim, zanim się przekabaciła, była mistrzem boksu w Senegalu, i załatwiła jednego klienta w Lasku, źle trafił, sadysta, ale skąd miał wiedzieć. Pani Roza poszła zaświadczyć, że tamtego wieczora siedziała w kinie z panią Lolą i że potem oglądały razem telewizję. Opowiem wam jeszcze więcej o pani Loli, to naprawdę osoba nie taka jak wszyscy, bywają takie. Bardzo ją za to lubiłem.

Wszystkie dzieciaki są bardzo zaraźliwe. Wystarczy, jak jedno zachoruje, to zaraz cała reszta. Było nas wtedy siedmiu u pani

Rozy, z czego dwóch na przychodne; przyprowadzał ich pan Mussa, znany śmieciarz, o szóstej rano, w porze śmieci, pod nieobecność swojej żony, bo na coś tam umarła. Zabierał

ich po południu i wtedy się nimi zajmował. Więc był Mojżesz, on był jeszcze młodszy niż ja, Banania, ten to znowu pękał cały czas ze śmiechu, bo się urodził w dobrym humorze, Michel, co kiedyś miał rodziców Wietnamczyków, i pani Roza nie będzie go trzymała ani dnia dłużej, od kiedy jej nie płacą już od roku. Ta żydówka była bardzo dzielna, ale miała swoje granice.

A kobiety, co sobie radziły, często wyjeżdżały gdzieś daleko, gdzie im dobrze płacili i gdzie

był duży popyt, i zostawiały dzieciaka pani Rozie, a potem wcale nie wracały. Wyjeżdżały i cześć. Tak to jest z tymi smarkaczami, których nie dało się wyskrobać na czas i które są niechciane. Pani Roza umieszczała ich czasem w rodzinach, co się czuły samotne i były w potrzebie, ale to nie takie proste, przecież są przepisy. Jak kobieta musi sobie radzić, to nie ma prawa do władzy rodzicielskiej, tak każe prostytucja. Więc taka kobieta boi się, że ją pozbawią tej władzy, i ukrywa swoje dziecko, żeby go komuś innemu nie przyznali. Daje je do przechowalni znajomym ludziom, gdzie ma zapewnioną dyskrecję. Nie mogę wam powiedzieć, ile kurewskich dzieci przewinęło się u pani Rozy, ale mało było takich jak ja, na pobyt stały. Po mnie najdłużej byli Mojżesz, Banania i Wietnamczyk, Wietnamczyka wzięli w końcu do restauracji na ulicy Monsieur le Prince, nawet bym go nie poznał, jakbym go teraz gdzieś spotkał, taki kawał czasu. Kiedy zacząłem się dopominać o matkę, pani Roza nawymyślała mi od bezczelnych smarkaczy, że wszyscy Arabowie są tacy, dać im palec, chcą całą rękę. Sama pani Roza taka nie była, mówiła tak tylko z powodu przesądów, i tak wiedziałem, że mnie lubi najwięcej.

Ja w ryk, inni też w ryk i nagle wszystkie siedem dzieciaków wrzeszczały pani Rozie nad głową, że chcą do mamy, wyli jeden głośniej od drugiego i pani Roza dostawała ataku zbiorowej histerii. Rwała sobie włosy, których i tak nie miała, i z oczu płynęły jej łzy niewdzięczności. Zakryła twarz rękami i płakała dalej, ale nie ma litości w tym wieku. Nawet tynk odpadał od ściany, ale nie dlatego, że pani Roza płakała, to były tylko straty materialne.

Pani Rozie też wypadały siwe włosy, bo nic ich już nie trzymało. Bardzo się bała, że wyłysieje, to straszna rzecz dla kobiety, której i tak niewiele zostało. Tyłka i piersi to miała więcej niż kto inny i kiedy przeglądała się w lustrze, uśmiechała się do siebie szeroko, jakby koniecznie chciała się sobie ‘spodobać.

W niedzielę ubierała się od stóp do głów, nakładała rudą perukę, szła na skwer Beaulieu i siedziała tam sobie elegancko parę godzin. Malowała się kilka razy dziennie, ale co z tego; chociaż w peruce i z makijażem mniej było widać; ustawiała wszędzie kwiaty, żeby mieć ładniej w mieszkaniu.

Kiedy się uspokoiła, zaciągnęła mnie do wnęki, nawymyślała od prowodyrów i powiedziała, że tacy są zawsze karani więzieniem. Wytłumaczyła mi, że moja matka widzi wszystko, co robię, i jeśli chcę ją kiedyś odnaleźć, muszę prowadzić porządne i uczciwe życie, bez przestępczości nieletnich. Wnęka była jeszcze mniejsza, niż się zdawało, i pani Roza nie mieściła się w niej cała z powodu swoich rozmiarów, aż dziwne, ile tego przypadało na taką samotną osobę. Myślę, że w tych rozmiarach czuła się jeszcze bardziej samotna.

Kiedy za któregoś z nas przestawały przychodzić pieniądze, pani Roza nie wyrzucała

winnego z domu. Tak było z małym Bananią, jego ojciec był nieznany i nic nie można mu było zarzucić, a matka co pół roku przysyłała trochę pieniędzy, a i to nie zawsze. Pani Roza krzyczała na Bananie, ale po nim to spływało, bo miał te swoje trzy lata i ten swój uśmiech.

Pani Roza może by i oddała Bananie do Domu Dziecka, ale jego uśmiechu na pewno nie, a ponieważ jedno bez drugiego ani rusz, pani Roza musiała trzymać ich razem u siebie. Mnie pani Roza kazała chodzić z Bananią do ogniska Murzynów na ulicę Bisson, żeby widywał

czarny kolor, bardzo jej na tym zależało.

- Musi widywać czarny kolor, bo inaczej nie będzie się umiał później przystosować.

Brałem więc Bananie i prowadziłem go do domu obok. Przyjmowali go bardzo dobrze, bo rodziny tych ludzi zostały w Afryce, a jak się patrzy na jakieś dziecko, to zaraz się przypominają inne.

Pani Roza zupełnie nie wiedziała, czy Banania, który nazywał się Toure, jest Malijczykiem czy Senegalczykiem, czy Gwinejczykiem, czy jeszcze czymś innym, jego matka, zanim wyjechała do pracy w Abidżanie, radziła sobie na ulicy SaintDenis, a w tym zawodzie takich rzeczy się nie wie. Mojżesz też nie był w porządku, ale tu pani Roza nie miała wyjścia, bo Żydowi takiego numeru z Domem Dziecka nie mogłaby zrobić. Co do mnie, to na początku każdego miesiąca przychodził przekaz na trzysta franków, nie było się mnie o co czepiać. Mojżesz miał chyba jakąś matkę i było jej pewnie wstyd, jej rodzice nic nie wiedzieli, była z dobrej rodziny, a w ogóle Mojżesz był blondynem z niebieskimi oczami i nie miał wskazującego nosa, i to były dobrowolne zeznania, wystarczyło popatrzeć.

Te równe trzysta franków miesięcznie wzbudzały w pani Rozie szacunek dla mojej osoby. Zaczynałem już dziesiąty rok i miałem nawet zaburzenia wieku dojrzewania, bo Arabom zawsze najwcześniej staje. Wiedziałem więc, że jestem dla pani Rozy poważną pozycją i że dwa razy pomyśli, zanim wywoła wilka z lasu. Więc w tej wnęce rozmawiałem z nią, jak miałem sześć lat. Powiecie pewnie, że myli mi się mój wiek, ale to nieprawda, wytłumaczę wam, kiedy dojdę do tego, jak się nagle postarzałem.

- Słuchaj, Momo, jesteś najstarszy, musisz dawać przykład, przestań nam tu w końcu pieprzyć o tej twojej mamusi. Macie szczęście, że nie znacie swoich mamusiek, bo w waszym wieku jest jeszcze jakaś wrażliwość, a to ostatnie kurwy. Wiesz, co to jest kurwa?

- To taka osoba, co sobie radzi dupą.

- Ciekawe, gdzieś się nauczył takich świństw, ale jest dużo prawdy w tym, co mówisz.

- A pani też radziła sobie dupą, jak pani była młoda i piękna?

Uśmiechnęła się, przyjemnie jej było słyszeć, że była młoda i piękna.

- Dobre z ciebie dziecko, Momo, ale bądź grzeczny. Pomóż mi. Jestem stara i chora.

Odkąd wyszłam z Oświęcimia, mam same kłopoty.

Siedziała taka smutna, że nawet nie było widać, jakie z niej brzydactwo. Objąłem ją za szyję, pocałowałem. Na ulicy mówili o niej, że nikt nie miał do niej serca, i to prawda, nikt się nią nie zajmował. Wytrzymała tak bez serca przez sześćdziesiąt pięć lat i niektóre rzeczy trzeba jej teraz darować.

Tak strasznie płakała, że zachciało mi się sikać.

- Przepraszam panią, chce mi się sikać.

Potem jej powiedziałem:

- No dobrze, proszę pani, już trudno, wiem, że z moją matką nic się nie da zrobić, ale czy na jej miejsce nie moglibyśmy mieć psa?

- Co takiego? A gdzie tu jest miejsce dla psa? Co mu dać jeść?

Kto będzie na niego przysyłał pieniądze?

Ale nic nie powiedziała, kiedy z psiarni na ulicy Calefeutre ukradłem małego szarego pudla z kręconymi kudłami i przyprowadziłem do domu. Wszedłem do psiarni, spytałem się właścicielki, czy mógłbym pogłaskać pudla, i jak na nią spojrzałem, tak jak to ja potrafię, dała mi go potrzymać. Wziąłem go, pogłaskałem, a potem w nogi. Bo biegać to akurat umiem, bez tego w życiu ani rusz.

Z tym psem to było prawdziwe nieszczęście. Pokochałem go tak, że dalej nie idzie.

Inne dzieciaki też, może tylko Banania nie, gówno go pies obchodził, on i tak był zadowolony bez żadnego powodu, nigdy jeszcze nie widziałem, żeby Murzyn był zadowolony z powodem. Ciągle trzymałem tego psa na rękach i nie mogłem wymyślić mu imienia. Jak tylko pomyślałem, że go nazwę Tarzan albo Zorro, to czułem, że jest gdzieś imię, które jeszcze nikogo nie ma i na kogoś czeka. W końcu wybrałem imię Super, ale sobie zastrzegłem prawo zmiany, w razie gdybym wpadł na coś ładniejszego. Miałem w sobie taki nadmiar i to wszystko dałem Superowi. Sam nie wiem, co bym bez niego zrobił, sprawa była naprawdę pilna, pewnie skończyłbym w mamrze. Kiedy go wyprowadzałem, czułem, że jestem kimś, bo byłem wszystkim, co on miał na świecie. Kochałem go tak, że nawet go oddałem.

Miałem już dziewięć lat albo coś koło tego, a w tym wieku człowiek już myśli, z wyjątkiem może kiedy jest szczęśliwy. Trzeba też powiedzieć, nikogo nie obrażając, że u pani Rozy było smutno, nawet przyzwyczajonemu. Więc kiedy Super stał się dla mnie taki ważny pod względem uczuciowym, chciałem go urządzić w życiu, tak jak bym chciał urządzić siebie, gdyby to było możliwe.

Zwracam wam uwagę, że to był nie byle kto, bo pudel. Jedna pani powiedziała o jaki ładny piesek i zapytała, czy jest mój na własność i na sprzedaż. Wyglądałem jak łajza, twarz

też mam taką nietutejszą i ona od razu zobaczyła, że ten pies to coś innego.

Sprzedałem jej Supera za pięćset franków i była to naprawdę okazja. Zażądałem specjalnie pięćset franków od tej kobiety, bo chciałem być pewny, że ma środki. Dobrze trafiłem, miała nawet samochód i szofera i od razu wsiadła z Superem do środka, na wypadek, gdybym miał rodziców, którzy zaraz by zaczęli wrzeszczeć. No i teraz to wam powiem, bo byście nie uwierzyli. Wziąłem te pięćset franków i wywaliłem je do rynsztoka. Potem usiadłem na chodniku i ryczałem jak bóbr zasłaniając oczy pięściami, ale byłem szczęśliwy.

U pani Rozy nie było bezpiecznie i wszyscy wisieliśmy na włosku z chorą starą kobietą bez pieniędzy i z Domem Dziecka na karkach i to nie było życie dla psa.

Kiedy wróciłem do domu i powiedziałem pani Rozie, że sprzedałem Supera za pięćset franków, a pieniądze wyrzuciłem do rynsztoka, pani Roza zsiniała ze strachu, spojrzała na mnie i poleciła zamknąć się na dwa spusty w swoim pokoju. Potem już zawsze się zamykała na noc, że niby mógłbym chcieć jej poderżnąć gardło. Dzieciaki narobiły hałasu, kiedy się dowiedziały, bo one nie kochały Supera naprawdę, tylko tak, dla zabawy.


***

Na Belleville'u, w szemranej ,,kolorowej" dzielnicy Paryża, gdzie trudno spotkać autochtonicznych Francuzów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, dziecko ulicy. Wychowuje go pani Roza, stara Żydówka cudem uratowana z Auschwitz. Jest brzydka, łysa i schorowana, dawniej radziła sobie jako uliczna prostytutka, obecnie prowadzi nielegalną ochronkę dla dzieci. Na pocieszenie trzyma pod łóżkiem portret pana Hitlera.

Pewnego dnia Momo zamierza pojechać do cudnej Nicei, którą zna tylko z opowieści, i napisać „Nędzników" jak pan Wiktor Hugo, wszak po to właśnie ma całe życie przed sobą. Tymczasem jednak musi zająć się schorowaną panią Rozą, a z nią jest coraz gorzej...

Powieść Romain'a Gary'ego, opublikowana pierwotnie pod pseudonimem Émile Ajar, to hymn na cześć miłości i człowieczeństwa. Od samego początku okrzyknięto ją arcydziełem, a autorowi przyznano prestiżową nagrodę Goncourtów. Została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków i sprzedana w wielu milionach egzemplarzy. Oddajemy ją do rąk polskich Czytelników w nowym, znakomitym przekładzie Krystyny i Krzysztofa Pruskich.




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger