Żony ze Stepford Ira Levin
" - Lubię obserwować kobiety przy pracy domowej.
- To trafił pan do właściwego miasteczka."
Chyba każdy wie o czym są Żony ze Stepford. Marzenie każdego faceta 👽
Oczywiście ze względu na to, że to jest klasyka czyta się to troszeczkę opornie, aczkolwiek fajny jest taki element niepokoju, który pomału się wkrada do tej opowieści oczywiście w stylu wtf?
"Wszystkie Żony ze Stepford były aktorkami z reklam, zadowolone z proszków, past do podłóg, preparatów do czyszczenia, szamponów i dezodorantów. Ładna aktorki z dużym biustem i małym móżdżkiem, grające nie przekonująco rolę podmiejskich gospodyń domowych.
Zbyt piękne żeby było prawdziwe. I kupa i siedział i uciekają"
Fajne jest też to, że z pułapu całkiem zwyczajnej normalności, nagle nie wiadomo kiedy, wszystko zaczyna pomalutku odwracać się do góry nogami i w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę co tutaj się w ogóle stało?
Wjeżdżasz sobie do miasteczka jako normalna dziewczyna i obserwujesz wszystkie te idiotki obiektywnym okiem i myślisz sobie: co z nimi jest nie tak, a za 5 minut jesteś jedną z nich...
Oczywiście są różne dostępne ekranizacje: każdy może sobie wybrać dowolną do obejrzenia, która mu się będzie najbardziej podobała - ja uwielbiam wersję z 2004.
Polecam tą krótką fantastyczną opowieść oderwaną od rzeczywistości 😎
MOJA OCENA: 7/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
ROZDZIAŁ I
Mistrzyni Ceremonii mogła mieć około sześćdziesiątki, ale pracowała z młodzieńczą werwą (miała rude włosy, czerwone usta i jasnożółtą sukienkę). Błyskając zębami i mrugając do Joanny, powiedziała:
— Bardzo się pani spodoba w tym miasteczku z miłymi ludźmi. Nie mogła pani dokonać lepszego wyboru.
Miała olbrzymią brązową, skórzaną torbę, z której wybierała dla Joanny torebki z proszkami do robienia napojów oraz mieszanki zup, małe pudełko z nieszkodliwymi dla środowiska detergentami, bloczek z kuponami premiowymi, przyjmowanymi w dwudziestu dwu lokalnych sklepach, dwa kawałki mydła, paczkę perfumowanych podpasek...
— Dość, dość — powiedziała Joanna, stojąc w drzwiach z furą rzeczy w rękach. — Starczy, już dosyć. Dziękuję pani.
Mistrzyni Ceremonii położyła flakonik wody kolońskiej na czubku sterty i zaczęła grzebać w torbie.
— Naprawdę — powiedziała Joanna, a ona wyciągnęła okulary w różowej oprawie oraz mały notesik w ozdobnej okładce.
— Zbieram informacje o przybyszach — powiedziała uśmiechając się i włożyła okulary. — Dla Kroniki. — Pogrzebała na samym dnie torby i wyciągnęła długopis, który nacisnęła kciukiem z pomalowanym na czerwono paznokciem.
Joanna powiedziała jej, skąd się z Walterem przeprowadzili, co robił Walter i w jakiej firmie, podała jej imiona Kim i Pete'a oraz w jakim są wieku, co robiła, zanim się urodzili, i do jakich ona i Walter chodzili szkół. Poruszyła się niecierpliwie, stojąc przed drzwiami ze stertą rzeczy, podczas gdy Kim i Pete byli poza zasięgiem jej słuchu.
— Czy ma pani jakieś hobby albo jakieś szczególne zainteresowania?
Już miała zaprzeczyć, ale rozmyśliła się: pełna odpowiedź wydrukowana w lokalnej gazecie może posłużyć takim kobietom jak ona jako drogowskaz przy zawieraniu nowych znajomości. Kobiety, które poznała w ciągu ostatnich kilku dni w sąsiedztwie, były miłe i chętne do pomocy, ale wydawały się całkowicie pochłonięte domowymi obowiązkami. Może kiedy pozna je lepiej, okaże się, że mają szersze horyzonty, ale na razie można im dać wskazówkę, a więc:
— Tak, kilka — powiedziała. — Gram w tenisa, kiedy tylko nadarzy się okazja, oraz jestem półprofesjonalnym fotografem...
— Ach tak? — powiedziała kobieta notując.
Joanna uśmiechnęła się: — Pewna agencja zainteresowała się moimi zdjęciami. Ponadto zajmuję się polityką oraz ruchem feministycznym. Szczególnie tym ostatnim i to razem z mężem.
— On także? — kobieta spojrzała z zaciekawieniem.
— Tak — odpowiedziała Joanna. — Podobnie jak wielu mężczyzn.
Nie zadała sobie trudu, żeby wyjaśniać, jakie są korzyści dla obu płci, tylko wychyliła głowę na korytarz i nasłuchiwała. Z dużego pokoju dochodził śmiech z włączonego telewizora, a Pete i Kim kłócili się, ale nie trzeba było jeszcze interweniować. Uśmiechnęła się do Mistrzyni Ceremonii Powitalnej:
— On interesuje się również piłką nożną i żeglarstwem — powiedziała — oraz kolekcjonuje stare amerykańskie dokumenty prawne.
To był drogowskaz dla tych, którzy by chcieli poznać Waltera. Kobieta zapisała to i zamknęła notes.
— To wystarczy, pani Eberhart — powiedziała uśmiechając się i zdejmując okulary. — Na pewno się tu pani spodoba, a więc serdecznie witamy w Step-ford. Jeśli będzie pani potrzebowała jakichkolwiek informacji o tutejszych sklepach i usługach, proszę do mnie zawsze dzwonić. Numer telefonu ma pani na tym bloczku.
— Dziękuję, chętnie skorzystam — zapewniła Joanna. — I dziękuję za to wszystko.
— Proszę je wypróbować, to dobre produkty! — Kobieta odwróciła się. — Do zobaczenia!
Joanna pożegnała się i patrzyła, jak tamta szła wzdłuż krętej ścieżki do czerwonego, obtłuczonego volkswagena. Nagle w oknach samochodu pojawiły się psy; czarne i brązowe spaniele skakały i szczekały, przyciskając łapki do szyby. Coś białego, poruszającego się za samochodem przykuło uwagę Joanny: po drugiej stronie usianej drzewkami ulicy, w jednym z górnych okien u Claybrooków, biel ponownie się poruszyła, przesuwając się z jednej szyby na drugą. Ktoś mył okna. Joanna uśmiechnęła się jakby na wypadek, gdyby Donna Claybrook akurat na nią patrzyła. Biała szmatka obniżyła się, a następnie pojawiła się w sąsiedniej szybie.
Volkswagen z zaskakującym łoskotem wyrwał do przodu, a Joanna wycofała się na korytarz i biodrem zatrzasnęła drzwi.
Pete i Kim teraz kłócili się znacznie głośniej.
— Ty kupo!
— Au! Przestań!
— Spokój! — krzyknęła Joanna, wyrzucając garściami rzeczy na stół.
— Ona mnie kopie! — wrzasnął Pete, a Kim krzyczała:
— Wcale nie, ty kupo!
— Uspokójcie się — powiedziała Joanna i podeszła do drzwi. Pete leżał na podłodze blisko telewizora, a Kim stała obok z czerwoną buzią, powstrzymując się, żeby go nie kopnąć. Oboje byli jeszcze w piżamach.
— Ona mnie kopnęła dwa razy — poskarżył się Pete, a Kim krzyczała: — Zmieniłeś program! On zmienił program!
— Wcale nie!
— Oglądałam Kota Feliksa!
— Cisza! — rozkazała Joanna. — Ma być absolutna, całkowita cisza.
Spojrzeli na nią, Kim dużymi, niebieskimi oczyma Waltera, a Pete jej własnymi, ciemnymi.
— Pierwsze dotrą do mety! — krzyczał telewizor.
— Bez elektryczności!
— Po pierwsze — siedzisz za blisko telewizora — mówiła Joanna. — Po drugie -wyłącz go, a po trzecie
— oboje się ubierzcie. To coś zielone na zewnątrz to trawa, a to żółte — to piękne słońce.
Pete wstał, wcisnął guzik wyłączając telewizor. Na ekranie pojawiła się znikająca kropka światła. Kim zaczęła płakać. Joanna westchnęła i weszła do pokoju. Kucnęła, przytuliła Kim i głaszcząc ją po plecach, całowała miękkie, jedwabiste loki.
— Już dobrze — powiedziała. — Nie chciałabyś pobawić się z tą sympatyczną Allison? Może znów zobaczysz wiewiórkę.
Pete podszedł i wziął do ręki kosmyk jej włosów. Spojrzała na niego i powiedziała:
— Nie zmieniaj jej więcej programów.
— W porządku — odparł, owijając jej włosy wokół palca.
— A ty nie kop — zwróciła się do Kim. Pogłaskała ją po plecach i próbowała pocałować w umykający policzek.
Była kolejka Waltera na zmywanie naczyń, a Pete i Kim bawili się cichutko w pokoju Pete'a, więc wzięła szybki, chłodny prysznic, włożyła krótkie spodenki, koszulkę, tenisówki i uczesała włosy. Kiedy wiązała włosy, zerknęła do Kim i Pete'a — siedzieli na podłodze, bawiąc się stacją kosmiczną Pete'a.
Cichutko odsunęła się od drzwi i zeszła po schodach wyłożonych nowym chodnikiem. Był to miły wieczór. Wreszcie uporali się z rozpakowywaniem, była odświeżona, czysta i miała kilka minut wolnego czasu, by móc posiedzieć na zewnątrz z Walterem i podziwiać drzewa na ich 2,2 akra ziemi.
Zeszła na dół do holu. Kuchnia była czyściutka, zmywarka hałasowała. Walter stał przy zlewie wychylony do okna i patrzył w kierunku domu van Santów. Na jego koszuli pojawiła się plama potu w kształcie królika ze skierowanymi na zewnątrz uszami. Odwrócił się lekko zaskoczony i uśmiechnął się.
— Długo tu jesteś? — zapytał, wycierając ręce w ścierkę do naczyń.
— Właśnie weszłam.
— Wyglądasz jak nowo narodzona.
— Tak też się czuję. Dzieci bawią się grzecznie. Może wyjdziemy na zewnątrz?
— Dobrze — zgodził się, składając ścierkę. — Ale tylko na parę minut. Muszę porozmawiać z Tedem — powiesił ścierkę na wieszaku. — Dlatego wyglądałem przez okno; właśnie skończyli jeść.
— O czym z nim będziesz rozmawiał? Wyszli do patio.
— Miałem ci o tym powiedzieć — mówił, kiedy szli. — Zmieniłem zdanie; wstąpię do tego Stowarzyszenia Mężczyzn.
Stanęła i spojrzała na niego.
— Zajmują się zbyt ważnymi sprawami, żeby tak po prostu przejść obok — powiedział. — Lokalne kwestie polityczne, działalność charytatywna i tak dalej.
— Jak możesz wstępować do przestarzałego, staromodnego...
— Rozmawiałem z kilkoma mężczyznami w pociągu: z Tedem i Vikiem Stavrosem oraz paroma innymi, których mi przedstawili. Przyznaję, że niedopuszczenie kobiet do życia publicznego to problem przestarzały.
Wziął ją pod rękę i szli dalej.
— Ale można to zmienić tylko od wewnątrz i ja w tym pomogę. Wstępuję tam w sobotę wieczorem. Ted wprowadzi mnie w sprawy i panujące tam układy oraz powie, kto jest po jakiej stronie.
Zaproponował jej papierosa: — Dzisiaj palisz czy nie?
— Zapalę — powiedziała.
Stali na skraju patia w chłodnym, niebieskim zmroku, przepełnionym graniem świerszczy. Walter przypalił Joannie i sobie papierosa.
— Spójrz na to niebo — powiedział. — Warte każdego grosza, jaki na to wydaliśmy.
Spojrzała. Niebo było bladofioletowe, niebieskie i ciemnoniebieskie; śliczne. Wtem spojrzała na swojego papierosa. — Organizacje można zmieniać od zewnątrz — odparła. — Poprzez petycje i pikietowanie...
— Ale od wewnątrz jest łatwiej. Zobaczysz, jeśli mężczyźni, o których ci mówiłem, są normalni, zanim się obejrzysz, będzie to Stowarzyszenie Wszystkich. Wspólny poker, seks na stole bilardowym...
— Gdyby ci mężczyźni byli tacy, jak mówisz, to już by to było Stowarzyszenie Wszystkich. No, dobrze, wstąp tam, a ja tymczasem wymyślę jakieś hasła na plakaty. Będę miała mnóstwo czasu, kiedy zacznie się szkoła.
Objął ją ramieniem i powiedział: — Wytrzymaj jeszcze trochę. Jeśli w ciągu pół roku nie dopuszczą tam kobiet, zrezygnuję i razem pomaszerujemy, ramię w ramię.
— Stepford jest jakieś zacofane — rzekła, sięgając po popielniczkę stojącą na stoliku piknikowym.
— Nieźle.
— Poczekaj, aż się rozkręcę.
Skończyli palić i stali pod rękę, patrząc na szeroką ścieżkę na łące oraz wysokie drzewa, czarne na tle bladofioletowego nieba. Światła z okien domów na następnej ulicy, Harvest Lane, prześwitywały pomiędzy drzewami.
— Robert Ardrey ma rację — powiedziała Joanna. — Czuję się tu bardzo prowincjonalnie.
Walter spojrzał na dom van Santów i zerknął na zegarek.
— Wejdę do środka i dokończę zmywanie — powiedział i pocałował ją w policzek.
Odwróciła się, wzięła jego twarz w dłonie i pocałowała w usta.
— Zostanę tu jeszcze kilka minut — zdecydowała. — Krzyknij, gdyby dzieciaki rozrabiały.
— Dobrze — odpowiedział. Wszedł do domu przez drzwi prowadzące do pokoju stołowego.
Objęła rękoma ramiona i zaczęła masować je; wieczór stawał się chłodniejszy. Przymknęła oczy, odrzuciła głowę do tyłu i z rozkoszą wdychała zapach trawy, drzew i świeżego powietrza. Otworzyła oczy, by ujrzeć małą plamkę gwiezdną na ciemnoniebieskim niebie, bilion mil ponad nią. — Gwiazdko, spraw aby... — powiedziała, ale już tylko w myślach dokończyła swoje życzenie.
Chciała, żeby byli szczęśliwi w Stepford, żeby Pete i Kim radzili sobie w szkole i żeby ona i Walter mogli znaleźć przyjaciół i zadowolenie; żeby on nie narzekał na dojazdy do pracy — chociaż przeprowadzka była przecież jego pomysłem — żeby życie całej ich czwórki było pełniejsze niż przedtem, a nie zubożone, czego się najbardziej obawiała opuszczając miasto. Brudne, zatłoczone, o dużej przestępczości, ale przecież takie żywe.
Hałas i poruszenie zwróciły jej uwagę ku domowi van Santów.
Carol van Sant, ciemna sylwetka na tle światła promieniującego przez drzwi kuchni, przykrywała kosz na śmieci. Schyliła się (miała rude, błyszczące włosy) podniosła z ziemi coś dużego i okrągłego — kamień — i położyła na pokrywie śmietnika.
— Witam! — zawołała Joanna.
Carol wyprostowała się i stała twarzą do niej. Wysoka, o długich nogach i jakby naga, mimo że miała na sobie podświetloną od tym, fioletową sukienkę.
— Kto tam? — spytała.
— Joanna Eberhart. Przestraszyłam cię? Jeśli tak, to przepraszam. — Podeszła do płotu, który dzielił ich posiadłość.
— Cześć, Joanno — odpowiedziała Carol swoim nosowym, charakterystycznym dla mieszkańców Nowej Anglii głosem. — Nie przestraszyłaś mnie. Przyjemna noc, prawda?
— Tak — odpowiedziała Joanna. — A na dodatek skończyłam rozpakowywanie, dzięki czemu wydaje się jeszcze przyjemniejsza.
Musiała mówić głośno; Carol nadal stała w drzwiach kuchennych, zbyt daleko, by prowadzić swobodną rozmowę, mimo iż ona sama była już przy kwiatkach rosnących pod płotem.
— Kim świetnie się bawiła dziś po południu z Allison — powiedziała. — Bardzo dobrze się ze sobą czują.
— Kim jest cudowną dziewczynką — powiedziała Carol. — Cieszę się, że Allison ma obok tak sympatyczną koleżankę. Dobranoc, Joanno. — Odwróciła się, żeby wejść z powrotem.
— Zaczekaj chwilkę! — zawołała Joanna.
Carol odwróciła się. — tak?
Joanna wolałaby, żeby nie było tu tych kwiatków ani płotu. By mogła podejść bliżej albo by Carol podeszła do niej. Co mogło być aż tak niecierpiącego zwłoki w tej błyszczącej kuchni, pełnej ozdobnych, miedzianych garnków? — Walter pójdzie porozmawiać z Tedem — zaczęła, mówiąc głośno do ciemnej sylwetki Carol. — Jak już położysz dzieci do łóżek, może byś wpadła do mnie na kawę?
— Bardzo chętnie, ale muszę wywoskować podłogę w jadalnym.
— W nocy?
— Noc jest najlepszą porą, zanim nie zacznie się szkoła.
— Czy to nie może poczekać? Jeszcze tylko trzy dni.
Carol pokręciła głową. — Nie, za długo to odkładałam, jest już całkiem porysowana. A poza tym Ted pójdzie potem do klubu.
— Czy on tam chodzi co wieczór?
— Prawie.
— O Boże! A ty zostajesz w domu i sprzątasz?
— Zawsze znajdzie się coś do roboty — stwierdziła Carol. — Wesz, jak to jest. Muszę teraz kończyć kuchnię. Dobranoc.
— Dobranoc — odpowiedziała Joanna i patrzyła, jak Carol weszła do kuchni i zamknęła drzwi. Prawie natychmiast pojawiła się w oknie nad zlewem, wzięła coś do ręki i zaczęła to szorować. Rude włosy miała zadbane i błyszczące; twarz z wąskim nosem wydawała się zamyślona, nawet inteligentna; duże piersi podskakiwały w rytm szorowania.
Joanna wróciła do patia. Nie, na szczęście nie wiedziała, co to znaczy być zniewoloną kurą domową. Ale któż mógłby winić Teda za to, że wykorzystuje żonę, która aż się prosi, żeby ją wykorzystywano.
Walter wyszedł z domu w lekkiej kurtce. — To nie powinno trwać dłużej niż około godziny — powiedział.
— Dziwna jest ta Carol van Sam. Nie może przyjść do mnie na kawę, bo musi jeszcze woskować podłogę w jadalni. Ted chodzi do klubu co wieczór, a ona zostaje w domu i sprząta.
— Chryste — jęknął Walter, potrząsając głową.
— Przy niej to nawet moja matka wydaje się być bałaganiarą.
Roześmiał się. — Do zobaczenia — powiedział, pocałował ją w policzek i poszedł przez patio.
Ponownie spojrzała na swoją gwiazdkę, która świeciła teraz jaśniej. Zacznij działać, pomyślała. I weszła do domu.
W sobotę rano, wygodnie usadowieni w nowiutkim kombi, wybrali się we czwórkę na wycieczkę. Joanna i Walter w ciemnych okularach rozmawiali o sklepach i zakupach, a Pete i Kim bawili się sterownikiem do automatycznego otwierania szyb, aż Walter zabronił im dalszej zabawy. Dzień był rześki i pełen kolorów — pierwsza oznaka nadchodzącej jesieni. Pojechali do Centrum Handlowego w Stepford (sklepy pomalowane na biało, jak na pocztówkach), gdzie za kupony premiowe załatwili sprawunki w dziale z artykułami żelaznymi i w dziale drogeryjnym. Następnie udali się do nowej hali handlowej na Route Nine po buty dla Pete'a i Kim oraz — już za gotówkę — po zakupy do działu ze sprzętem gimnastycznym; potem pojechali na wschód do Eastbridge Road, do McDonalda (tam wzięli Big Maca i koktajle czekoladowe) następnie trochę dalej na wschód, do antykwariatu (kupili ośmiokątny stół, ale nie było żadnych starych dokumentów dla Waltera); a potem na pomoc, południe, wschód, zachód, czyli zwiedzali Stepford. Anvil Road, Cold Creek Road, Hunnicutt, Beavertail, Burgess Ridge. Pokazali Pete'owi i Kim nową szkołę (Joanna i Walter już ją widzieli podczas szukania domu do kupienia) i inne szkoły, do których będą z czasem uczęszczali; zobaczyli również coś, czego nie sposób odgadnąć, do czego ma służyć, czyli jakieś krematorium, oraz miejsce do urządzania pikników, gdzie budowano publiczną pływalnię. Joanna na prośbę Pete'a śpiewała „Good Morning Starshine”, a potem wszyscy zaczęli udawać, że grają na jakimś instrumencie końcową partię „MacNamara's Band”, tymczasem Kim zrobiło się niedobrze, ale Walter się zorientował i dzięki Bogu zdążył zatrzymać się na czas i uwolnić ją z pasów bezpieczeństwa.
Tempo wyraźnie spadło. Powoli pojechali przez Centrum Handlowe, ponieważ Pete stwierdził, że i on może zwymiotować. Walter pokazał im bibliotekę pomalowaną na biało oraz dwustuletnią willę, siedzibę Towarzystwa Historycznego.
Kim cały czas wyglądała przez okno, nagle wyjęła z ust pastylkę przeciwwymiotną i zapytała:
— A ten duży budynek to co?
— To siedziba Stowarzyszenia Mężczyzn — odpowiedział Walter.
Pete wiercił się na siedzeniu do granic możliwości pasa bezpieczeństwa i wyjrzał:
— Czy to tam idziesz dziś wieczorem? — zapytał.
— Właśnie tam — odpowiedział Walter.
— A jak się tam dostaniesz?
— Tam dalej za wzgórzem jest szosa prowadząca na górę.
Zatrzymali się za ciężarówką, na której stał mężczyzna ubrany w krótkie spodenki koloru khaki i rozprostowywał ramiona. Miał ciemne włosy, wąską szczupłą twarz i nosił okulary.
— To Gary Claybrook, prawda? — powiedziała Joanna.
Walter krótko zatrąbił i pomachał mu ręką przez okno. Ich sąsiad z przeciwka schylił się, by na nich spojrzeć, uśmiechnął się, pomachał i odjechał. Joanna uśmiechnęła się, pomachała mu także. Kun krzyknęła:
— Dzień dobry panu! — Pete zawołał; — Gdzie jest Jeremy?
— On was nie słyszy — powiedziała Joanna.
— Chciałbym umieć prowadzić ciężarówkę w taki sposób! — powiedział Pete.
— Ja też! — zawołała Kim.
Ciężarówka czołgała się i sapała, zmagając się ze stromym zakrętem prowadzącym pod górę. Gary Claybrook uśmiechnął się do nich z zakłopotaniem. Na ciężarówce były załadowane małe kartony.
— Co on robi? Dorabia? — spytała Joanna.
— Nie, jeśli to, co powiedział o nim Ted, jest prawdą — odparł Walter.
— Ach tak?
— Co to znaczy dorabiać? — zainteresował się Pete.
W ciężarówce włączyły się światła hamulcowe; zatrzymała się, a lewy kierunkowskaz mrugał.
Joanna wytłumaczyła, co oznacza dorabianie.
Jakiś samochód pomknął na dół, a ciężarówka zaczęła się posuwać po lewym pasie. — Czy to jest ta szosa, o której mówiłeś? — spytał Pete, a Walter kiwnął głową.
— Tak.
Kim jeszcze niżej opuściła okno, krzycząc:
— Dzień dobry panu! — machała, gdy przejeżdżali koło niego.
Pete uwolnił się z pasa bezpieczeństwa i skakał po siedzeniu na kolanach.
— Czy ja też tam pójdę? — zapytał, wyglądając przez tylną szybę.
— Przykro mi — powiedział Walter — ale tam dzieciom wstęp wzbroniony.
— O rety, ale mają wysoki płot! — powiedział Pete.
— Zupełnie jak w filmie „Bohaterowie Hogana”.
— Po to, żeby kobiety nie mogły wejść do środka — powiedziała Joanna, patrząc przed siebie i przytrzymując ręka okulary.
Walter uśmiechnął się.
— Naprawdę? — spytał Pete. — Po to jest ten płot?
— Pete odpiął pasy — poskarżyła Kim.
— Pete — ostrzegła Joanna. Pojechali na Norwood Road, a następnie na zachód do Winter Hill Drive.
Nie zamierzała robić żadnych porządków domowych, mimo iż należałoby uporządkować półki z książkami. Ale nie dzisiaj. To może równie dobrze poczekać. Nie była przecież ani Carol van Sant, ani Mary Ann Stavros, która ciągnie za sobą odkurzacz, nawet gdy idzie do pokoju syna, aby opuścić rolety. O nie. Walter poszedł do klubu i w porządku, musiał tam pójść, aby się zapisać i będzie tam musiał chodzić ze trzy razy w tygodniu, aby zmienić Stowarzyszenie. Ale ona nie będzie podczas jego nieobecności sprzątać mieszkania, tak jak on by nie sprzątał, gdyby ona gdzieś wyszła, co właśnie zrobi w następną księżycową noc. Pójdzie do centrum i zrobi parę zdjęć sklepów. Nieregularna ścianka sklepu z wyrobami żelaznymi może interesująco błyszczeć w świetle księżyca.
Kiedy już Pete i Kim smacznie spali, zeszła do piwnicy, aby zrobić pomiary i zaplanować ciemnię w dotychczasowej komórce. Następnie wróciła na górę, żeby sprawdzić, czy Pete i Kim śpią, zrobiła sobie drinka — wódkę z tonikiem — i zabrała go do gabinetu. Włączyła radio, gdzie grali jakąś sentymentalną, ale ładną melodię Richarda Rodgersy'ego. Odsunęła na bok stołu jakieś kontrakty i inne rzeczy Waltera, wyciągnęła szkło powiększające, czerwony ołówek i negatywy filmowe. Większość zdjęć, robionych w pośpiechu, była stratą filmu, z czym się zresztą liczyła, nigdy jej nie wychodziły robione na chybcika, ale znalazła jedno, które jej się szalenie spodobało. Na zdjęciu był młody, elegancki Murzyn z aktówką w ręku, obrzucający wściekłym spojrzeniem pustą taksówkę, która go właśnie minęła. Gdyby zrobić powiększenie jego twarzy z nieostrą taksówką na ciemnym tle, mogłoby wyjść z tego przykuwające uwagę zdjęcie. W każdym razie była pewna, że zainteresuje ono jej firmę. Jest duże zapotrzebowanie na zdjęcia na temat dyskryminacji rasowej.
Zaznaczyła czerwoną gwiazdką róg negatywu i przeszła do innych, które mogłyby być dobre lub chociaż przynieść jakieś pieniądze.
Piętnaście po jedenastej poczuła się zmęczona, więc odsunęła rzeczy na swoją część biurka, a rzeczy Waltera przesunęła z powrotem tam, gdzie leżały. Potem wyłączyła radio, zaniosła do kuchni szklankę po drinku i wypłukała ją. Sprawdziła drzwi, wyłączyła światła poza jednym na korytarzu i poszła na górę. Słonik Kim leżał na podłodze. Podniosła go i włożyła pod kołdrę obok poduszki, a potem otuliła kołdrą ramiona Kim i delikatnie pogłaskała ją po loczkach. Pete leżał na plecach z otwartą buzią, dokładnie tak samo jak przedtem. Poczekała, aż zobaczyła, jak równo oddycha, otworzyła szerzej drzwi, wyłączyła światło w holu i weszła do sypialni. Rozebrała się, splotła włosy w warkocz, wzięła prysznic, posmarowała twarz kremem, wyczyściła zęby i poszła do łóżka. Za dwadzieścia dwunasta. Wyłączyła lampkę.
Leżąc na plecach, wysunęła prawą rękę i nogę. Brakowało jej Waltera obok, ale szeroka przestrzeń była także przyjemna. Ile to razy sama musiała iść do łóżka, odkąd byli małżeństwem? Niewiele: wtedy gdy wyjeżdżał z miasta w sprawach służbowych, gdy była w szpitalu, żeby urodzić Pete'a i Kim, gdy w nocy wysiadła elektryczność i kiedy pojechała na pogrzeb wuja Berta — w sumie może ze dwadzieścia albo dwadzieścia pięć razy podczas ich dziesięcioletniego małżeństwa. To niezłe uczucie. Boże, zaczynała się czuć znów jak Joanna Ingalls. Czy ją jeszcze pamiętasz?
Zastanawiała się, czy Walter się upije. Tam na tej ciężarówce Gary'ego Claybrooka był alkohol (a może te kartony były za małe jak na butelki z alkoholem?). Ale Walter pojechał samochodem z Vikiem Stavrosem, więc niech się upija. Chociaż raczej nie powinien, rzadko mu się to zdarza. A jeśli i Vic Stavros się upije? Te niebezpieczne zakręty na Norwood Road...
Ale po co się martwić na zapas?
Łóżko się trzęsło. Leżała w ciemności, patrząc na ciemniejszą plamę otwartych drzwi do łazienki i błyszczące klamki od drzwi. Łóżko trzęsło nią rytmicznie, a każdemu wstrząsowi towarzyszyło raz po raz słabe skrzypienie sprężyn. To Walter się trząsł! Miał gorączkę! A może delirium? Pochyliła się nad nim, podpierając się na łokciu, próbując w ciemności znaleźć jego brew. Błysnął na nią białkami oczu i odwrócił się, a namiocik na kołdrze powstały z wypukłości w okolicach pachwiny zastąpił kształt biodra. Łóżko uspokoiło się.
Czyżby się masturbował?
Nie wiedziała, co robić? Usiadła na łóżku.
— Myślałam, że masz delirium — zaczęła. — Albo gorączkę.
Leżał bez ruchu. — Nie chciałem cię budzić — powiedział. — Jest już po drugiej.
Siedziała, próbując złapać oddech.
On dalej leżał na boku nie odzywając się.
Spojrzała na pokój, okna i meble, na które padało nikłe światło z nocnej lampki w łazience Pete'a i Kim. Poprawiła sobie warkocz i pomasowała się po brzuchu.
— Mogłeś mnie obudzić. Nie miałabym nic przeciwko temu.
Nie odezwał się.
— Mistrzu, nie musiałeś aż tego robić — powiedziała,
— Po prostu nie chciałem cię budzić. Smacznie spałaś.
— Więc następnym razem mnie zbudź. Położył się z powrotem na plecach. Żadnego namiociku.
— Więc robiłeś to? — spytała.
— Nie.
— W porządku — powiedziała uśmiechając się — teraz i tak już nie śpię. — Odwróciła się do niego i objęła ramieniem; on też ją objął i zaczęli się całować. Pachniał scotchem.
— Troskliwość, rozumiem — szepnęła mu do ucha — ale Chryste Panie, nie do tego stopnia!
Był to jeden z najcudowniejszych momentów, przynajmniej dla niej. — Rany — mówiła wracając z łazienki — jeszcze teraz czuję się wycieńczona.
Uśmiechnął się do niej, siedząc w łóżku i paląc papierosa.
Wróciła do pościeli i usadowiła się wygodnie pod jego ramieniem, a on położył dłoń na jej piersiach. — Co oni ci zrobili? — zapytała. — Pokazywali ci filmy porno czy co?
Uśmiechnął się. — Nic z tych rzeczy.
Włożył jej do ust swego papierosa, którym zaciągnęła się.
— Przegrałem osiem i pół dolara w pokera i tłumaczyli mi, że Zarząd Granic Miasta ma złe plany co do Eastbridge Road.
— Bałam się, żebyś się nie upił.
— Ja? Tylko dwie szkockie. Przecież to nie są alkoholicy. A co ty robiłaś?
Opowiedziała mu o nadziejach związanych ze zdjęciem Murzyna. A on opowiedział jej o mężczyznach, których poznał: pediatra, van Santowie i Claybrookowie polecali jako ewentualnych reformatorów Związku ilustratora lokalnych gazet, który był główną osobistością w Stepford, dwóch prawników, psychiatrę, szefa Policji i dyrektora Centrum Handlowego.
— Psychiatra powinien być raczej za wpuszczeniem kobiet do Stowarzyszenia — powiedziała.
— I jest, podobnie jak dr Verry. Pozostałych jeszcze nie wybadałem; nie chciałem już od pierwszego spotkania ujawnić się jako aktywista.
— Kiedy znów tam pójdziesz? — spytała i nagle nie wiadomo dlaczego ogarnął ją strach, że powie „jutro”.
— Nie wiem. Posłuchaj, nie będę prowadził takiego trybu życia jak Ted i Vic. Pójdę za jakiś tydzień. Nie wiem. To jest naprawdę dość prowincjonalne.
Uśmiechnęła się i przytuliła jeszcze bardziej.
Zdążyła przebyć jedną trzecią drogi w dół z zasłaniającym jej wszelkie widoki koszem na bieliznę, gdy zadzwonił ten cholerny telefon. Nie mogła postawić kosza na schodach, bo zleciałby na dół, a za mało miała miejsca, żeby się z nim odwrócić i iść na górę; tak więc powoli schodziła, wymacując nogami stopień i mówiła w myślach do natrętnego telefonu „dobrze, dobrze”... Dotarła na dół, postawiła kosz i podbiegła do biurka w gabinecie.
— Hallo — powiedziała tak, jak się w tej chwili czuła, bez entuzjazmu.
— Dzień dobry, czy mówię z panią Joanną Eberhart? — Głos był wysoki, radosny i chrapliwy; podobny do głosu Peggy Clavenger. Ale przecież słyszała, że Peggy obecnie pracuje w Paris-Match'u, więc prawdopodobnie nie wie, że ona wyszła za mąż, nie mówiąc już o adresie.
— Tak — odpowiedziała. — A kto mówi?
— Nie zostałyśmy jeszcze sobie formalnie przedstawione — powiedział głos nie należący do Peggy Clavenger — ale zaraz to uczynię. Bobbie, chcę, abyś poznała Joannę Eberhart. Joanno, poznaj Bobbie Markowe — pisze się przez K-O-W-E. — Bobbie mieszka tu od pięciu tygodni i bardzo by chciała poznać kogoś, kto jest półprofesjonalnym fotografem, interesuje się polityką i ruchem feministycznym. Zdaje się, że to ty Joanno, jeśli to, co piszą o tobie w Kronice Stepford (która właściwie powinna się nazywać Kroniką Towarzyską) jest prawdą. Czy rzeczywiście jesteś taka, jak cię przedstawili, że nie przywiązujesz wielkiej wagi do tego, czy różowe mydełko jest lepsze od niebieskiego i vice versa? Halo? Joanno, jesteś tam jeszcze? Halo?
— Tak, jestem, jak najbardziej. Kurcze blade, ależ opłaca się reklamować!
— Cóż za ulga móc wreszcie zobaczyć bałagan w kuchni! — powiedziała Bobbie. — Nie jest aż tak straszna jak moja — nie ma tu na przykład na szafkach śladów po wysmarowanych masłem orzechowym rączkach — ale jest nieźle, bardzo dobrze. Gratuluję.
— Mogę ci jeszcze pokazać bałagan w łazienkach, jeśli chcesz — zaproponowała Joanna.
— Dzięki, wystarczy mi kawa.
— Może być rozpuszczalna?
— Chcesz powiedzieć, że masz coś innego?
Była mała, z dużym zadkiem, w niebieskiej koszulce ze Snoopym, w dżinsach i sandałach. Miała duże usta, niesłychanie białe zęby, niebieskie, wszystko widzące oczy i krótkie, ciemne włosy, małe dłonie i brudne palce u nóg, męża imieniem Dave, który był maklerem giełdowym, oraz trzech synów w wieku dziewięciu, ośmiu i sześciu lat. Poza tym psy: bobtaila i korgi. Wyglądała na trochę młodszą od Joanny, może na trzydzieści dwa lub trzy lata. Wypiła dwie filiżanki kawy, zjadła ciastko i opowiedziała Joannie o kobietach na Fox Hollow Lane.
— Mam wrażenie, że trwa jakiś ogólnokrajowy konkurs czystości, o którym jeszcze nie słyszałam — powiedziała, oblizując umazane w czekoladzie czubki palców. — Wygrana: milion dolarów i Paul Newman za najczystszy dom. Do przyszłej Gwiazdki. Tak więc szoruj, szoruj, szoruj, pastuj, pastuj, pastuj.
— Tutaj jest tak samo — powiedziała Joanna. — Nawet w nocy. — A wszyscy mężczyźni należą do Stowarzyszenia Mężczyzn! — wrzasnęła Bobbie.
Porozmawiały o przestarzałej dyskryminacji płci, o prawdziwej niesprawiedliwości w miasteczku, w którym nie ma Stowarzyszenia Kobiet ani nawet Ligi Kobiet Głosujących.
— Uwierz mi, przeczesałam całą okolicę! — powiedziała Bobbie.
— Jest Klub Ogrodników i kilka organizacji kościelnych, które mnie i tak nie interesują. A tak na marginesie... „Markowe” to skrót od „Markowitz”. Jest jeszcze bardzo anemiczne Towarzystwo Historyczne. Można tam wpaść i powiedzieć im „cześć”. Żywe trupy.
Dave również zapisał się do Stowarzyszenia Mężczyzn i podobnie jak Walter zamierzał je przekształcać od środka.
Ale Bobbie i tak wiedziała lepiej:
— Zobaczysz, będziemy musiały przywiązać się łańcuchami do tego płotu, żeby coś się tam poruszyło. A co myślisz w ogóle o tym płocie? Pomyślałby kto, że robią tam opium!
Porozmawiały o możliwości spotkania z niektórymi sąsiadkami i zorganizowania zebrania, na którym uświadomiłyby kobietom ich bierność, konieczność działania oraz rolę, jaką mogłyby odegrać w życiu miasta. Zgodziły się, że kobiety, które dotąd spotkały, raczej niechętnie myślały nawet o jakiejkolwiek swobodzie działania. Mówiły jeszcze o Narodowej Organizacji Kobiet, do której obie należały, i o zdjęciach Joanny.
— Boże, jakie świetne! — zachwycała się Bobbie, oglądając cztery oprawione powiększenia, które Joanna powiesiła w pracowni. — Są naprawdę bombowe!
Joanna jej podziękowała.
— „Zapalony fotograf amator”. — Myślałam, że tu chodzi o portrety ukochanych dzieciaków! Są naprawdę cudowne!
— Teraz, kiedy Kim poszła do przedszkola, wezmę się do roboty — Joanna odprowadziła Bobbie do samochodu.
— Do diabła, nie — powiedziała Bobbie. — Powinnyśmy przynajmniej spróbować. Porozmawiajmy z tymi kurami domowymi; musi znaleźć się chociaż jedna, która przejawiałaby zainteresowanie sytuacją. Co ty na to? Czy nie byłoby świetnie, gdybyśmy mogły utworzyć grupkę, która może stałaby się nawet odłamem NOK-u. Pokazałybyśmy Stowarzyszeniu Mężczyzn, co potrafimy? Dave i Walter oszukują się, nic się nie zmieni dopóty, dopóki nie przyciśniemy ich do ściany; tak to jest z konserwatywnymi grupami. Co ty na to, Joanno? Zorientujmy się.
Joanna przytaknęła: — Chyba powinnyśmy. Wszystkie nie mogą być tak zadowolone, na jakie wyglądają.
Rozmawiała z Carol van Sant.
— Nie, Joanno, to nie dla mnie, nie widziałabym się w tym, ale dzięki, że mnie spytałaś. — Carol czyściła plastikowe półki, dzielące pokój Stacy i Allison na dwie części, zmywając je pewnymi ruchami gąbką.
— To by zajęło tylko parę godzin — nalegała Joanna. — Wieczorami albo — jeśli będzie wygodniej — gdy dzieci będą w szkole.
Carol, schylając się, by umyć dolną część półek, powiedziała:
— Przykro mi, ale po prostu nie mam czasu na takie rzeczy.
Joanna patrzyła na nią przez chwilę:
— Nie przeszkadza ci, że do centralnej organizacji w Stepford, jedynej, która robi coś znaczącego w sprawach dotyczących życia społecznego naszego miasteczka, nie mogą należeć kobiety? Nie wydaje ci się to archaiczne?
— „Archaiczne”? — spytała Carol, wyżymając gąbkę do wiadra z brudną wodą.
Joanna spojrzała na nią: — Czyli przestarzałe — powiedziała.
Carol wycisnęła gąbkę nad wiadrem: — Nie, nie wydaje mi się to archaiczne — odpowiedziała. Wyprostowała się i sięgnęła gąbką do najwyższej półki.
— Ted bardziej się do takich spraw nadaje niż ja — zaczęła pewnym ruchem zmywać następną półkę. — A poza tym mężczyźni potrzebują miejsca, w którym mogliby się zrelaksować i napić — dokończyła.
— A kobiety nie muszą?
— Nie, nie aż tak bardzo. — Carol potrząsnęła czystą rudą głową (jakby do reklamy szamponów), nie odrywając się od pracy. — Przykro mi Joanno, po prostu nie mam czasu na żadne spotkania.
— Nie ma sprawy, gdybyś zmieniła zdanie, zadzwoń do mnie.
— Nie obrazisz się, jeśli nie odprowadzę cię na dół?
— Nie, oczywiście, że nie. Rozmawiała również z Barbarą Chamalian, mieszkającą po drugiej stronie van Santów.
— Dzięki, ale nie bardzo wiem, jak bym miała sobie z tym poradzić — powiedziała Barbara. Miała kwadratową szczękę, brązowe włosy, była ubrana w wygodną, różową sukienkę, podkreślającą jej niezwykle ładną figurę. — Lloyd często bywa w mieście, a wieczorami lubi pójść do Stowarzyszenia. Nie chciałabym wydawać na opiekunkę do dzieci tylko po to...
— Mogłoby to odbywać się w godzinach, kiedy są w szkole — powiedziała Joanna.
— Nie — odpowiedziała Barbara — na mnie raczej nie licz. — Uśmiechnęła się szeroko i pociągająco. — Ale cieszę się, że się poznałyśmy, może byś weszła na chwilę i posiedziała? W tej chwili prasuję.
— Nie, dziękuję — powiedziała Joanna. — Chcę porozmawiać jeszcze z innymi kobietami.
Rozmawiała z Marge McCormick („Szczerze mówiąc, wątpię, czy to by mnie interesowało.”) i Kit Sundersen („Obawiam się, że nie mam na to czasu; bardzo mi przykro, pani Eberhart.”) oraz z Donną Claybrook („To ciekawy pomysł, ale ostatnio mam tyle pracy. Dziękuję jednak, że o mnie pomyślałaś.”).
W przejściu w Centrum Handlowym spotkała Mary Ann Stavros.
— Nie, nie sądzę, aby miała czas na coś takiego. W domu jest zawsze tyle do zrobienia. Wiesz, jak to jest.
— Ale czasami chyba wychodzisz, prawda? — zapytała Joanna.
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała Mary Ann. — Przecież teraz wyszłam, czyż nie?
— Mam na myśli wychodzić gdzieś, żeby odpocząć.
Mary Ann uśmiechnęła się i potrząsnęła głową, kołysząc jasnymi włosami, które były gęste i proste. — Nie, rzadko. Nie muszę się relaksować. Do zobaczenia.
Odeszła, pchając wózek z zakupami, zatrzymała się, wzięła z półki puszkę, spojrzała na nią, włożyła do wózka i poszła dalej.
Joanna popatrzyła za nią, potem zajrzała do wózka innej kobiety, która właśnie powoli przechodziła obok niej.
Chryste! — pomyślała, one nawet zakupy układają porządnie w wózku! Spojrzała do swojego na przewalające się puszki, pudełka i słoiki. Nagle ogarnęło ją poczucie winy i chęć uporządkowania rzeczy. Niech będę przeklęta, jeśli to zrobię, pomyślała. Złapała z półki pudełko proszku do prania i wrzuciła do wózka. Nawet nie musiała tego kupować!
W poczekalni u doktora Verry'ego rozmawiała z matką jednej z koleżanek Kim z przedszkola oraz z Yvonne Weispalt z dalszego sąsiedztwa oraz z Jill Burke. Wszystkie ją rozczarowały. Albo nie miały czasu, albo nie interesowały się tym, by spotkać się z innymi kobietami i podzielić się z nimi swoimi doświadczeniami. Bobbie miała jeszcze mniej szczęścia, biorąc pod uwagę fakt, że nagabywała dwukrotnie więcej kobiet niż Joanna.
— Jedna robi zakłady — opowiadała Joannie. — Jest to osiemdziesięciopięcioletnia wdowa, która wciągnęła mnie do domu i więziła mnie tam okrągłą godzinę, opluwając bez przerwy. Jeżeli kiedykolwiek zechcemy sforsować Stowarzyszenie Mężczyzn, Eda Mae Hamilton jest zawsze chętna i gotowa.
— Trzeba być z nią w kontakcie — powiedziała Joanna.
— O nie, to jeszcze nie koniec!
Przez cały ranek wydzwaniały do różnych kobiet, wychodząc z założenia (to był pomysł Bobbie), że zasugerowani, iż już istnieje taka grupa, w której znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej chętnej, może dać dobre rezultaty. Nie wyszło.
— Chryyyste! — powiedziała Bobbie, zatrzymując gwałtownie samochód na Short Ridge Hill. — Tu dzieje się coś podejrzanego! Jesteśmy w miasteczku, w którym zatrzymał się czas.
Pewnego popołudnia Joanna zostawiła Pete'a i Kim pod opieką szesnastoletniej Melindy Stavros i pojechała pociągiem do miasta, gdzie spotkała się z Walterem oraz ich przyjaciółmi, Shepem i Sylvią Tackowerami, we włoskiej restauracji, w dzielnicy teatralnej. Miło było ponownie zobaczyć Shepa i Sylvię. Byli wesołą i skromną, ale bardzo energiczną parą, mimo że spotkało ich kilka nieszczęść, w tym utonięcie czteroletniego synka. Miło było znów znaleźć się w mieście; Joanna rozkoszowała się kolorami i krzątaniną w zatłoczonej restauracji. Razem z Walterem entuzjastycznie opowiadali o pięknie i ciszy Stepford oraz o zaletach mieszkania w domku zamiast w bloku. Nic nie mówiła o tym, jak bardzo tamtejsze kobiety są skupione wokół spraw domowych i o ich braku zainteresowań. Prawdopodobnie była to próżność z jej strony, ale nie chciała stać się obiektem litości, nawet ze strony Shepa i Sylvii.
Opowiedziała im o Bobbie, jaka jest zabawna, o dobrych, nie przepełnionych szkołach. Walter nie wspominał o Stowarzyszeniu Mężczyzn, ona też nie. Sylvia, która tkwiła na Wydziale Budownictwa Zarządu Miasta, byłaby oburzona. Lecz w drodze do teatru Sylvia obrzuciła ją badawczym spojrzeniem i zapytała;
— Ciężko się przestawić?
— W pewnym sensie tak — odpowiedziała.
— Dasz radę — powiedziała Sylvia i uśmiechnęła się do niej. — A jak tam twoja fotografia? Masz bardzo dogodną sytuację, bo możesz na wszystko spojrzeć świeżym okiem.
— Jeszcze nic nie zrobiłam. Razem z Bobbie biegamy, próbując powołać do życia jakiś ruch feministyczny. Prawdę mówiąc, panuje tam pewien rodzaj stagnacji.
— Bieganie to nie jest zajęcie dla ciebie. Fotografowanie tak — powiedziała Sylvia,
— Wiem. W najbliższym czasie przychodzi do mnie hydraulik, by zainstalować zlew w ciemni.
— Walter wygląda na weselszego.
— Rzeczywiście. Mamy tam wspaniałe życie.
Sztuka, muzyczny przebój zeszłego sezonu okazała się słaba. W pociągu, w drodze do domu, kiedy już podzielili się wrażeniami, Walter włożył okulary i wyciągnął jakieś papiery, Joanna przekartkowała „Time'a”, a potem wyglądała przez okno, paląc papierosa i wpatrując się w ciemność rzadko przetykaną światłami. Sylvia miała rację; fotografia to zajęcie dla niej. Do diabła z kobietami ze Stepford. Poza Bobbie, oczywiście.
Oba samochody były na stacji, wracali więc do domu oddzielnie. Joanna pojechała pierwsza, a Walter za nią w toyocie. Centrum Handlowe było zamknięte i oświetlone jak do zdjęć przez trzy latarnie uliczne. Tak, zrobi tu zdjęcia, jeszcze zanim będzie miała gotową ciemnię. W Stowarzyszeniu paliły się światła, a samochód, wyjeżdżający z tamtejszej drogi dojazdowej, czekał, aż oni przejadą.
Melinda Stavros ziewała, ale była zadowolona, a Pete i Kim smacznie spali w łóżeczkach. W salonie na stole stały puste szklanki po mleku, talerze i kulki z papieru porozrzucane były po kanapie i podłodze, w kącie leżała pusta butelka po napoju imbirowym.
Chwała Bogu, że nie zarażają tą pedanterią swoich córek — pomyślała Joanna.
Kiedy Walter po raz trzeci był w Stowarzyszeniu, zadzwonił około dziewiątej i powiedział Joannie, że przyprowadzi do domu Komitet Organizacyjny do spraw Lokalnych, do którego został wyznaczony na poprzednim spotkaniu. W budynku coś się działo, gdyż słyszała w słuchawce hałas jakichś maszyn i domyśliła się, że nie mogli znaleźć cichego miejsca, żeby usiąść i spokojnie porozmawiać.
— W porządku — powiedziała. — Wywalę resztę rzeczy z ciemni, żebyście mieli cały...
— Nie, posłuchaj, zostań z nami i włącz się do rozmowy. Jest tu kilku zagorzałych przeciwników kobiet, wiec nie zaszkodzi im wysłuchanie kilku inteligentnych komentarzy wygłoszonych przez kobietę. A podejrzewam, że coś powiesz.
— Dziękuję, a nie będą mieli nic przeciwko temu?
— To przecież nasz dom.
— Jesteś pewien, że nie potrzebna ci po prostu kelnerka?
Zaśmiał się: — O Boże, nie da się ciebie wykiwać — powiedział. — Dobra, rozszyfrowałaś mnie. Ale chodzi o inteligentną kelnerkę, rozumiesz? Zrobiłabyś to? Może to by coś dało?
— W porządku. Daj mi piętnaście minut i stanę się inteligentną i piękną kelnerką. Co ty na taką współpracę?
— Fantastyczne. Nie do wiary!
Było ich pięciu, w tym jeden wesoły z rumianą twarzą, w wieku około sześćdziesięciu lat, z zawijanym wąsikiem, czyli Ike Mazzard, ilustrator czasopism. Joanna przywitała się z nim serdecznie:
— Nie wiem, czy pana lubię. Tymi pięknymi dziewczętami, które pan zawsze rysował, zepsuł mi pan okres, kiedy byłam młodziutką panienką.
On odpowiedział ze śmiechem.
— Pewnie chciała być pani taka jak one.
— Oczywiście, że tak — powiedział.
Pozostali mężczyźni mieli około czterdziestki. Wysoki, nonszalancki brunet to Dale Coba, prezes Stowarzyszenia, Uśmiechnął się do niej zielonymi oczyma w sposób dyskredytujący i powiedział.
— Miło cię poznać, Joanno.
Jeden z tych nieugiętych, pomyślała, którym się wydaje, że kobieta powinna być jego podnóżkiem. Miał delikatną dłoń, którą jej podał bezwolnie. Pozostali to Anselm czy Axhelm, Sundersen i Roddenberry.
— Poznałam pańską żonę — powiedziała Sundersenowi, który był blady, brzuchaty i wyglądał na znerwicowanego — jeżeli to wy mieszkacie zaraz za drogą.
— Naprawdę? Poznałaś ją? Tak, to my. Jesteśmy jedynymi Sundersenami w Stepford.
— Zapraszałam żonę na jakieś spotkanie, ale nie miała czasu.
— Nie jest zbyt towarzyska — oczy Sundersena unikały wzroku Joanny.
— Przepraszam, nie usłyszałam, jak pan ma na imię, powiedziała.
— Herb — odpowiedział, nie patrząc na nią.
Poprosiła ich do salonu, a sama poszła do kuchni po wodę sodową i kostki lodu, które przyniosła Walterowi do barku.
— Inteligentna? Piękna? — powiedziała, a on uśmiechnął się do niej. Wróciła do kuchni i wypełniła miseczki chrupkami i orzeszkami.
Nie było sprzeciwu ze strony panów, gdy trzymając szklankę, spytała: „czy mogę?” i usiadła na końcu kanapy, które to miejsce zostawił dla niej Walter. Ike Mazzard i Anselm czy Axhelm wstali, a pozostali poruszyli się, jakby mieli wstać — poza Dalem'em Cobą, który siedział, jedząc orzeszki ze zgiętej dłoni, i przyglądał się jej zza stołu zielonymi dyskredytującymi oczyma.
Rozmawiali na temat zabawek gwiazdkowych i zachowania krajobrazu. Roddenberry miał na imię Frank, śmieszny nos jak u mopsa, siną brodę i trochę się jąkał; Coba zaś miał przydomek Diz, który zupełnie do niego nie pasował. Zastanawiali się, czy w tym roku nie powinno być lampek chanukowych w związku ze wzrastającą liczbą Żydów w mieście oraz szopki w Centrum Handlowym. Dyskutowali o nowych planach na przyszłość.
— Czy mogę coś powiedzieć? — spytała.
— Jasne — powiedział Frank Roddenberry i Herb Sundersen. Coba siedział rozparty w fotelu i patrzył w sufit (zapewne dyskredytującym wzrokiem), z rękoma za głową i wyciągniętymi nogami.
— A czy nie można by zorganizować jakichś spotkań połączonych z wykładami dla dorosłych? — zapytała. — Albo forum porozumienia rodziców z dziećmi w jednym ze szkolnych audytoriów?
— A o czym miałyby być te wykłady? — spytał Frank Roddenberry.
— O tym, co interesowałoby wszystkich — powiedziała. — Na przykład sprawa narkotyków, którą się wszyscy przejmujemy, a którą Kronika pomija milczeniem. O tym, czym jest muzyka rockowa — o czymkolwiek, co tylko zainteresuje ludzi i sprowokuje do dyskusji.
— To interesujące — powiedział Clade Anselm czy Axhelm, pochylając się do przodu; podrapał się przy tym po głowie. Był szczupłym nerwowym blondynem o jasnych oczach.
— I może dałoby się wyciągnąć z domów kobiety. W razie gdybyście jeszcze nie wiedzieli... To miasto jest nieszczęściem dla opiekunek do dzieci. Są bezrobotne!
Wszyscy się roześmieli, a ona poczuła się odprężona. Zaproponowała jeszcze kilka tematów do dyskusji. Walter dorzucił parę tematów oraz Herb Sundersen. Padały wciąż nowe propozycje i ona brała w tym udział, a mężczyźni (poza Cobą — do diabła z nim!) uważnie jej słuchali. Ike Mazzard, Frank, Walter, Claude, nawet Herb patrzyli jej prosto w oczy, przytakiwali i zgadzali się z nią albo z namysłem zadawali jej pytania, a ona czuła się naprawdę bardzo dobrze, odpowiadając na nie dowcipnie i z humorem. Czyżby miała trafić na łamy ekskluzywnego tygodnika?
Z lekkim wstydem i zdumieniem zauważyła, że szkicuje ją Ike Mazzard. Siedział w fotelu (obok nadal patrzącego w sufit Dole'a Coby) i niebieskim długopisem szkicował coś w notesie, który trzymał na kolanie, raz patrząc na nią raz na swój szkic.
Ike Mazzard! Rysował ją!
Mężczyźni umilkli. Zaglądali do swoich drinków i mieszali resztki lodu.
— Hej — powiedziała z uśmiechem, wiercąc się niepewnie na kanapie — nie jestem dziewczyną Ike'a Mazzarda.
— Każda nią jest — odpowiedział Mazzard, uśmiechając się do niej i do rysunku.
Spojrzała na Waltera, uśmiechnęła się z zakłopotaniem i wzruszyła ramionami.
Ponownie spojrzała na Mazzarda i nie poruszając głową — na pozostałych mężczyzn. Patrzyli na nią, uśmiechając się nerwowo.
— Ależ on wszystkich uciszył — powiedziała.
— Zrelaksuj się i zachowuj się swobodnie — powiedział Mazzard. Odwrócił kartkę i znów szkicował.
— Nie sądzę, aby b-było p-potrzebne jeszcze jedno boisko do koszykówki — odezwał się Frank.
Joanna usłyszała wołanie Kim, lecz Walter zatrzymał ją, odstawił swoją szklankę, wstał i poszedł na górę.
Panowie wznowili temat nowych projektów. Odezwała się raz czy dwa, odwracając głowę, świadoma tego, że Mazzard obserwuje ją cały czas i rysuje. I sprostaj tu zadaniu, kiedy rysuje cię Ike Mazzard! Robił to zresztą tylko dla zabawy, przecież nie była tą jedyną, którą trzeba uwiecznić. A dlaczego panowie stali się nagle tacy spięci? Mówili jakby z przymusu, półsłówkami. A Herb Sundersen ciągle się czerwienił.
Nagle poczuła się, jakby była zupełnie naga, jakby Ike Mazzard rysował ją w nieprzyzwoitych pozach.
Skrzyżowała nogi i to samo chciała uczynić z rękoma, ale nie zrobiła tego. Chryste, Joanno, to tylko dla szpanu! On chce ci zaimponować, to wszystko. Jesteś przecież ubrana.
Walter wrócił i nachylił się nad nią. — Miała tylko zły sen — powiedział. Wyprostował się i zapytał: — Może komuś dolać? Diz? Frank?
— Ja proszę odrobinę — powiedział Mazzard, patrząc na nią i dalej rysując.
— Czy łazienka jest tam? — spytał Herb wstając. Rozmowa toczyła się dalej, ale już bardziej swobodnie.
Nowe projekty.
Stare projekty.
Mazzard schował długopis do kieszeni marynarki i uśmiechnął się.
— Wreszcie! — odetchnęła i zaczęła się wachlować. Coba podniósł głowę, ręce nadal miał na karku, a brodę na piersiach i spojrzał na notatnik na kolanach Mazzarda. Mazzard odwracał strony, patrząc na Cobę, a Coba przytaknął i powiedział. — Nie przestajesz mnie zadziwiać.
— Czy i ja mogę zobaczyć? — spytała.
— Oczywiście! — odpowiedział Mazzard z uśmiechem i unosząc się lekko, pokazał jej otwarty notes.
Walter też zajrzał, a Frank przysunął się bliżej, żeby też zobaczyć.
Były to jej portrety, strona po strome, małe, dokładne i upiększone jak zwykle w stylu Mazzarda. Portrety en face, z profilu i półprofilu, z uśmiechem, ze ściągniętymi brwiami.
— Są piękne — powiedział Walter, a Frank dodał: — Świetne, Ike!
Claude i Herb też podeszli.
Przejrzała wszystkie rysunki: — Są cudowne. Szkoda, że nie mogę powiedzieć, że są absolutnie wierne.
— Przecież są! — zaprzeczył Mazzard.
— Niech ci Bóg da zdrowie.
Zwróciła mu notes, a on położył go na kolanie i przekartkował. Wreszcie wyciągnął długopis, napisał coś na którejś stronie, wyrwał ją i dał Joannie.
Był to jeden z portretów z półprofilu, bez uśmiechu, z charakterystycznym podpisem, małymi literami „ike mazzard”. Pokazała to Walterowi, który powiedział.
— Dzięki, Ike.
— Cała przyjemność po mojej stronie.
Uśmiechnęła się do Mazzarda: — Dziękuję. Wybaczam ci, że w młodości wpędzałeś mnie w kompleksy. — Uśmiechnęła się do wszystkich. — Komu dać kawy?
Wszyscy chcieli, oprócz Claude'a, który poprosił o herbatę.
Poszła do kuchni i położyła rysunek na lodówce. Jej portret narysowany przez Ike'a Mazzarda! Czy przypuszczałaby, kiedy jeszcze w domu jako jedenasto-, dwunastoletnia dziewczynka, przeglądała żurnale mamy? To głupie, że tak się tym teraz przejęła, to było po prostu miłe ze strony Mazzarda, że ją narysował. Uśmiechając się, nalała wody do ekspresu, nasypała kawy i włączyła go. Następnie zamknęła puszkę od kawy i odwróciła się. Coba stał oparty o drzwi kuchenne i obserwował ją. Ręce miał skrzyżowane, a ramieniem opierał się o framugę drzwi. Wyglądał godnie w zielonkawym golfie (pasującym do koloru oczu) i szarym sztruksowym garniturze. Uśmiechnął się do niej i powiedział:
— Lubię obserwować kobiety przy pracy domowej.
— To trafił pan do właściwego miasteczka — odpowiedziała. Wrzuciła łyżeczkę do zlewu i postawiła puszkę z kawą do szafki. Coba nadal ją obserwował.
Marzyła o tym, by wszedł Walter.
— Dlaczego nazywają pana Diz? — spytała, wyciągając dzbanek do herbaty dla Claude'a. — Nie pasuje to do pana.
— Kiedyś pracowałem w Disneylandzie. Roześmiała się, idąc do zlewu: — A tak naprawdę?
— Kiedy to prawda.
Odwróciła się i spojrzała na niego.
— Nie wierzy mi pani? — spytał.
— Nie.
— Dlaczego?
Pomyślała przez chwilę i już wiedziała.
— Dlaczego? — nalegała. — Proszę powiedzieć.
Do diabła, powie mu.
— Nie wygląda pan na kogoś, kto lubi uszczęśliwiać innych.
Tym stwierdzeniem prawdopodobnie na zawsze przekreśliła szansę kobiety na wejście do uświęconego i nietykalnego Stowarzyszenia Mężczyzn.
Coba spojrzał na nią. Dyskredytującym wzrokiem.
— Jak mało pani wie.
Odwrócił się z uśmiechem i poszedł.
— Niech mogę powiedzieć, żebym była entuzjastką El Presidente — powiedziała rozbierając się.
— Ani ja. Jest zimny jak lód. Ale nie będzie wiecznie sprawować tej funkcji.
— Oby nie za długo — odpowiedziała — inaczej kobiety nigdy się tam nie znajdą. Kiedy robicie wybory?
— Zaraz na początku roku.
— Kim on jest z zawodu?
— Pracuje w firmie Burnham-Massey na Route Nine. Tak jak i Claude.
— À propos, jakie on ma nazwisko?
— Claude? Axhelm.
Kim zaczęła płakać, chyba miała gorączkę. O trzeciej nad ranem zmierzyli jej temperaturę (miała prawie 39°), potem czytali Dra Spocka, dzwonili do doktora Varry'ego, robili zimne okłady i nacierali spirytusem.
Bobbie znalazł wreszcie kogoś normalnego.
— Nazywa się Charmaine Wimperis i jeśli lekko zmrużyć oczy, wygląda jak Raquel Welch. Mieszkają na Burgess Ridge w nowoczesnym domku, wartym ze dwieście tysięcy dolarów. Mają gosposię, ogrodnika i — teraz słuchaj — kort tenisowy.
— Naprawdę?
— Wiedziałam, że to ciebie wyciągnie z piwnicy. Jesteś zaproszona na tenisa i na lunch. Przyjdę po ciebie około jedenastej trzydzieści.
— Dzisiaj? Nie mogę! Kim jest jeszcze w domu.
— Nadal?
— Nie można by tego przełożyć na środę? Albo czwartek — byłoby jeszcze lepiej.
— Środa — zdecydowała Bobbie. — Uzgodnię z nią i zadzwonię do ciebie.
Trach! Bach! Charmaine była dobra, stanowczo za dobra. Piłka latała ze świstem raz w jedną, raz w drugą stronę. Joanna musiała się bardzo uwijać, żeby zdążyć ją odbić. Pobiegła za nią, ale Charmaine ścięła piłkę w lewy róg kortu i w ten sposób wygrała seta sześć do trzech, a poprzedniego sześć do dwóch.
— Boże, mam już dość! — powiedziała Joanna. — Co za klęska!
— Jeszcze jeden set! — wołała Charmaine, cofając się do linii serwowej. — No, chodź, zagrajmy jeszcze raz!
— Już nie mam siły. Jutro nie będę mogła w ogóle chodzić! — podniosła piłkę. — Chodź Bobbie, ty zagraj!
Bobbie siedziała na trawie ze skrzyżowanymi nogami po drugiej stronie siatki, z twarzą wystawioną do słońca.
— Na miłość boską! Nie grałam w tenisa od czasu ostatniego obozu harcerskiego.
— Już ostatni raz — zawołała Charmaine. — Joanno, zagraj jeszcze jeden raz.
— W porządku, ale tylko jeden. Wygrała Charmaine.
— Wykończyłaś mnie, ale było fantastycznie!
— powiedziała Joanna, kiedy schodziły z kortu. — Dzięki!
Charmaine, dotykając ręcznikiem wystających policzków, powiedziała: — Musisz nabrać wprawy, to wszystko. Świetnie serwujesz.
— Cholernie dużo mi to dało.
— Będziesz często grać? Jedyni gracze, jakich tu mam, to dwaj nastolatkowie, których podniecam.
— Przyślij ich do mnie — powiedziała Bobbie, wstając z ziemi. Poszły w kierunku domu po wyłożonej płytkami ścieżce.
— Świetny kort — powiedziała Joanna, wycierając ręcznikiem ramię.
— To go używaj — odpowiedziała Charmaine. — Kiedyś grywałam codziennie z Ginnie Fisher. Znasz ją może? Ale wystawiła mnie do wiatru. Ty tego przypadkiem nie zrób, dobrze? Przyjdziesz jutro?
— O nie, nie mogę!
Usiadły na tarasie pod parasolem z napisem Cinzano, a lekko siwiejąca służąca, Nettie, przyniosła im dzbanek krwawej mary, miskę sosu ogórkowego i krakersy.
— Ona jest wspaniała — odezwała się Charmaine.
— Niemiecka panna — gdybym kazała jej lizać buty, zrobiłaby to. A ty, Joanno, spod jakiego jesteś znaku?
— Amerykański Byk.
— Jeśli jej każesz lizać buty, napluje ci w twarz — powiedziała Bobbie. — Nie wierzysz chyba w te bzdury, co?
— Oczywiście, że wierzę — powiedziała Charmaine, nalewając cocktail. — Ty też byś uwierzyła, gdybyś podeszła do tego z otwartym umysłem (Joanna zmrużyła oczy: może to niezupełnie Raquel Welch, ale cholernie blisko).
— Ginnie dlatego mnie wystawiła do wiatru, że jest spod Bliźniąt, a to bardzo zmienne natury. Byki są raczej stałe i można na nich polegać. Masz tu tenisa pod dostatkiem.
— Ten konkretny Byk ma dom, dwójkę dzieci i nie ma niemieckiej Panny — zauważyła Joanna.
Charmaine miała jedno dziecko, dziewięcioletniego syna. Nazywał się Merrill. Jej mąż, Ed, był producentem filmowym. Sprowadzili się do Stepford w lipcu. Tak, Ed też zapisał się do Stowarzyszenia, a Charmaine nie przejmowała się zbytnio dyskryminacją płci.
— Wszystko mi odpowiada, co może go wyciągnąć z domu na noc — powiedziała. — On jest Strzelcem, a ja Skorpionem.
— A więc tak — powiedziała Bobbie, wkładając do ust zamoczonego w sosie krakersa.
— To bardzo niedobre połączenie — mówiła Charmaine. — Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz.
— Niedobre? Pod jakim względem? — spytała Joanna, co było dużym błędem. Charmaine opowiedziała im w szczegółach o swoich konfliktach z Edem na tle towarzyskim, emocjonalnym, a nade wszystko seksualnym. Nettie podała potrawkę z homara w pikantnym sosie, doprawionym białym wytrawnym winem, ze specjalnie przyrządzonymi ziemniakami.
— Moje biedne biodra — westchnęła Bobbie, nakładając na talerz potrawkę, a Charmaine kontynuowała opowieść z pikantnymi szczegółami. Ed był maniakiem seksualnym i prawdziwym dziwakiem.
— Specjalnie dla mnie zamówił w Anglii kostium gumowy i Bóg wie, ile za niego zapłacił. Gumowy? „Wsadź to na jedną ze swoich sekretarek”, powiedziałam, „ale mnie w to nie wsadzisz”. Było tam mnóstwo suwaków i zamków, a Skorpiona nie można uwięzić w czymś takim, w przeciwieństwie do Panny, której powołaniem jest służenie innym. Skorpion zawsze chodzi własną drogą.
— Gdyby Ed wiedział wtedy to, co ty wiesz teraz — powiedziała Joanna.
— To nic by nie zmieniło, on za mną szaleje. typowy Strzelec.
Nettie przyniosła ciastka z melonami i kawę. Bobbie jęknęła. Charmaine opowiedziała jeszcze o innych dziwakach, których poznała, kiedy była jeszcze modelką. Odprowadziła je do samochodu Bobbie: — Posłuchaj, Joanno — powiedziała — wiem, że jesteś zajęta, ale gdybyś kiedykolwiek miała chwilkę wolnego czasu, wpadnij do mnie. Nie musisz nawet dzwonić; przeważnie jestem w domu.
— Dzięki, chętnie skorzystam — odpowiedziała
Joanna. — I dziękuję za dzisiejszy dzień. Było wspaniale.
— Pamiętaj: o każdej porze — przypomniała Charmaine. Nachyliła się do okna. — Zróbcie mi przyjemność i poczytajcie Horoskopy Londy Goodman. Przeczytajcie, a zobaczycie, ile w tym prawdy. Możecie je dostać w drogerii w Centrum Handlowym. Przeczytacie? Proszę was. Przytaknęły z uśmiechem i obiecały, że to zrobią.
— Ciao! — zawołała, machając im na pożegnanie.
— Może nie jest idealnym materiałem do NOK-u, ale przynajmniej nie jest zakochana w swoim odkurzaczu — powiedziała Bobbie.
— Jest naprawdę piękna — przyznała Joanna.
— Prawda? Nawet w tych stronach, gdzie musisz przyznać — jest wiele ładnych kobiet, choć nie są najmądrzejsze. Co za małżeństwo! Co ty na tę sprawę z kostiumem? A ja myślałam, że tylko Dave miewa wariackie pomysły!
— Dave? — spytała Joanna, przyglądając się jej. Bobbie uśmiechnęła się z boku:
— Nie wyciągniesz ze mnie żadnych zwierzeń — powiedziała. — Jestem spod znaku Lwa i lubię zmieniać temat. Idziecie z Walterem w sobotę do kina?
Dom kupili od państwa Pilgrimów, którzy mieszkali w nim tylko dwa miesiące i przeprowadzili się do Kanady. Pilgrimowie zaś kupili go od niejakiej pani McGrath, która z kolei nabyła go przed jedenastoma laty od budowniczego. Tak więc większość gratów w komórce to pozostałość po pani McGrath. Właściwie nie należało nazywać ich gratami: były tam dwa dobre krzesła w stylu kolonialnym, które Walter zamierzał w przyszłości odnowić; komplet dwudziestotomowej encyklopedii, który obecnie stał na półce w pokoju Pete'a; były pudła z narzędziami i różnymi drobiazgami, które mogły się przydać w przyszłości. Pani McGrath zbierała je widocznie na zapas.
Joanna przeniosła większość tych „nie-gratów” w daleki kąt piwnicy, jeszcze nim hydraulik zainstalował zlew, a teraz przeniosła resztę rzeczy — puszki po farbie, paczki azbestu, dachówki, 'tymczasem Walter walił młotkiem w stół ze sklejki, a Pete podawał mu gwoździe. Kim pojechała z Carol van Sant i jej córkami do biblioteki.
Joanna rozwinęła paczkę zapakowaną w pożółkłą gazetę, w której znalazła pędzel o szerokości 2,5 cm. Jego czyste włosie było sztywne, ale jeszcze giętkie. Zawijała go z powrotem w tę samą stronę starej Kroniki, gdy wpadł jej w oczy nagłówek: Betty Friedan w Klubie Kobiet. Odwróciła stronę.
— Chryste Panie — powiedziała.
Pete spojrzał na nią, a Walter, waląc młotkiem, spytał:
— Co się stało?
Wyciągnęła pędzel, położyła obok i trzymając w obu dłoniach skrawek gazety, czytała. Walter przestał stukać, odwrócił się i spojrzał na nią.
— Co to jest? — spytał.
Przez chwilę dalej czytała, potem spojrzała na niego, ponownie na gazetę i znów na niego.
— Tu istniał Klub Kobiet — powiedziała. — Betty Friedan przeprowadzała z nimi wywiad. Kit Sundersen była przewodniczącą. Żony Dale'a Coby i Franka Roddenherry'ego były członkiniami zarządu.
— Żartujesz? — spytał Walter.
Spojrzała na gazetę i zaczęła czytać: „Betty Friedan, autorka „Tajemnic kobiet” spotykała się we wtorek wieczorem z członkiniami Klubu Kobiet w Stepford. Spotkanie odbyło się w domu przewodniczącej, pani Sundersen przy Fairview Lane. Ponad pięćdziesiąt kobiet oklaskiwało panią Betty Friedan, gdy przytaczała przykłady niesprawiedliwości i zawodów, jakie spotykają współczesne gospodynie domowe”.
Spojrzała na niego.
— Mogę teraz ja postukać? — spytał Pete. Walter dał mu młotek.
— Kiedy to było? — spytał.
Spojrzała na gazetę.
— Na tym skrawku nie ma żadnej dary, ale jest zdjęcie członkiń zarządu. „Pani Margolies, Coba, autorka — Betty Friedan, pani Sundersen, Roddenberry i pani Anderson”.
Rozłożyła przed nim połówkę strony, a on podszedł i wziął ją do ręki.
— A to ci dopiero numer — powiedział, patrząc na zdjęcie i artykuł.
— Przecież rozmawiałam z Kit Sundersen. Słowem o tym nie wspomniała i jak cała reszta — nie miała czasu na spotkanie.
— To musiało być jakieś sześć, siedem lat temu
— powiedział Walter, biorąc w palce brzeg pożółkłej kartki.
— Albo jeszcze wcześniej — powiedziała. — Tajemnice kobiet wychodziły jeszcze, gdy pracowałam, pamiętasz? Andreas przynosił mi swoje recenzje.
Kiwnął głową i odwrócił się do Pete'a, który zawzięcie walił młotkiem w blat stołu warsztatowego. — Spokojnie, chłopcze, bo powybijasz dziury.
Ponownie odwrócił się do skrawka gazety.
— To ci dopiero — powiedział. — Pewnie umarło śmiercią naturalną.
— Z ponad pięćdziesięcioma członkiniami? Przyjmującymi owacyjnie Betty Friedan? — spytała.
— W każdym razie już nie istnieje — powiedział Walter, odkładając stronę gazety.-Albo mają najgorszego na świecie rzecznika prasowego. Kiedy zobaczę się z Herbem, zapytam go, co się stało.
Wrócił do Pete'a: — Zrobiłeś dobry kawał roboty.
Joanna spojrzała na artykuł i potrząsnęła głową:
— Nie do wiary! Kim były pozostałe kobiety? Nie mogły się przecież wszystkie wyprowadzić.
— Przecież nie rozmawiałaś ze wszystkimi.
— Ale Bobbie prawie tak — powiedziała. Złożyła gazetę i położyła na pudełku z narzędziami. Leżał tam pędzel, podniosła go.
— Potrzebny ci może pędzel? — spytała.
Walter odwrócił się i spojrzał na nią.
— Nie każesz mi chyba malować tego wszystkiego.
— Nie, tylko był zawinięty w tę stronę.
— Aha. — Odwrócił się do stołu.
Odłożyła pędzel, kucnęła i zebrała kilka dachówek.
— Jak mogła nawet o tym nie wspomnieć? — powiedziała. — Przecież była przewodniczącą.
Gdy tylko Bobbie i Dave wsiedli do samochodu, powiedziała mi o swoim odkryciu.
— Jesteś pewna, że to nie jest jedna z tych plotkarskich gazet? — spytała Bobbie. — „Fred Smith sypia z Etizabeth Taylor?”
— To nasza Kronika — powiedziała Joanna. — Oto dolna część strony tytułowej. Spójrz.
Wręczała im, a oni rozpostarli ją. Walter włączył górną lampkę.
— Mogłaś zgarnąć dużo forsy, gdybyś się ze mną założyła, a potem mi to pokazała — powiedział Dave.
— Nie pomyślałam o tym,
— Ponad pięćdziesiąt kobiet! — powiedziała Bobbie. — Kim, u diabła, były? I co się z nimi stało?
— Ja też chciałabym wiedzieć — powiedziała Joanna. — Oraz dlaczego Kit Sundersen nic mi o tym nie wspomniała. Porozmawiam z nią jutro.
Pojechali do Eastbridge i stanęli w kolejce po bilety na ostatni hit sezonu. Pary czekające pod kinem były wesołe i rozmowne, śmiały się w grupkach cztero- i sześcioosobowych, zerkając od czasu do czasu na koniec kolejki i machając innym parom. Nie było nikogo znajomego poza starszymi państwem z Towarzystwa Historycznego, których rozpoznała Bobbie, i siedemnastoletnim synem McCormicków z dziewczyną, którzy trzymali się za ręce, udając bardziej dorosłych, niż byli.
Wszyscy się zgodzili, że film był „cholernie dobry”, a po nim pojechali do Bobbie i Dave'a, gdzie panował istny chaos. Chłopcy jeszcze nie spali, a pies galopował po całym mieszkaniu. Kiedy Bobbie i Dave pozbyli się opiekunki, chłopców i psa, poszli wszyscy na kawę i sernik do salonu, który wyglądał, jakby przeszedł po nim huragan.
— Wiedziałam, że nie jestem tą jedyną, której nie można się oprzeć — powiedziała Joanna, patrząc na portret Bobbie w wykonaniu Ike'a Mazzarda, który Bobbie oprawiła w ramki i powiesiła nad szafką.
— Ike Mazzard nie przepuści żadnej, nie wiedziałaś o tym? — powiedziała Bobbie, poprawiając obrazek przekrzywiony w rogu ramki, przez co wisiał jeszcze bardziej krzywo niż poprzednio.
— O rany, chciałabym wyglądać chociaż w połowie tak dobrze jak na tym obrazku — westchnęła.
— Wyglądasz dobrze taka, jaka jesteś — powiedział stojący za nimi Dave.
— Czyż on nie jest cudowny? — powiedziała Bobbie do Joanny. Odwróciła się i pocałowała Dave'a w policzek. — Ale to nie zmienia faktu, że to ty musisz jutro rano wcześniej wstać.
— Joanna Eberhart — powiedziała Kit Sundersen i uśmiechnęła się. — Jak się masz? Wejdziesz do środka?
— Tak, chętnie, jeśli masz chwilkę czasu.
— Oczywiście, że mam, wejdź, proszę cię.
Była przystojną szatynką z dołeczkami w policzkach i wyglądała tylko odrobinę starzej niż na niezbyt udanym zdjęciu w Kronice. Mogła mieć około trzydziestu trzech lat, oceniła Joanna, wchodząc do holu. Podłoga wyglądała na jedną z tych lustrzanych, pokazywanych w reklamach, a z salonu dochodziły odgłosy meczu koszykówki.
— Herb i Gary Claybrook są w środku — powiedziała Kit, zamykając drzwi wejściowe. — Chcesz się z nimi przywitać?
Joanna podeszła do łuku łączącego salon z holem i zajrzała do środka: Herb i Gary siedzieli na kanapie i oglądali mecz w dużym kolorowym telewizorze. Gary właśnie jadł kanapkę. Na niskiej ławie stał talerz z kanapkami i dwie puszki piwa. Pokój był w beżach, brązach i zieleni, urządzony w stylu kolonialnym, nieskazitelnie czysty. Joanna poczekała, aż jakiś wycofujący się zawodnik złapie piłkę, i powiedziała „cześć”.
Herb i Gary odwrócili się z uśmiechami. — Witaj, Joanno — powiedzieli, a Gary spytał: — Jak się masz?
— Czy Walter też jest? — zapytał Herb.
— Dziękuję. Nie, nie ma go — odpowiedziała. — Przyszłam porozmawiać z Kit. Dobry mecz?
Herb nie zareagował na pytanie, a Gary powiedział: — Bardzo dobry.
Kit stała obok i pachniała perfumami mamy Waltera.
— Chodźmy do kuchni — powiedziała.
— Bawcie się dobrze — powiedziała Joanna Herbowi i Garemu. Gary, który właśnie napoczynał kanapkę, błysnął uśmiechem, a Herb powiedział: — Dzięki.
Poszła z Kit po wspaniałej, błyszczącej posadzce.
— Napijesz się kawy?
— Nie, dziękuję.
Sunęła z nią do kuchni pachnącej kawą. Kuchnia była oczywiście nieskazitelnie czysta i uporządkowana, poza otwartą suszarką na ubrania i koszem do bielizny, stojącym na blacie. W pralce wirowało ubranie, a podłoga tu jeszcze bardziej przypominała błyszczącą wykładzinę.
— Mam zaparzoną, więc to żaden problem — powiedziała Kit.
— W tej sytuacji...
Usiadła przy okrągłym, zielonym stole, podczas gdy Kit wyciągnęła filiżankę i spodek z uporządkowanej szafki, w której na koszyczkach wisiały filiżanki, a talerze były poustawiane na suszarce do naczyń.
— Jest tu teraz cicho i przyjemnie — powiedziała Kit, zamknęła szafkę i podeszła do kuchenki. W niebieskiej sukience miała figurę prawie tak świetną jak Charmaine.
— Dzieciaki są u Gary'ego i Donny, a ja piorę rzeczy Marge McCormick. Ma ostatnio jakieś problemy z chodzeniem.
— To przykre — powiedziała Joanna.
Kit podniosła przykrywkę ekspresu i nalała kawy.
— Jestem pewna, że za dzień lub dwa wydobrzeje — powiedziała. — Co weźmiesz, Joanno?
— Mleko. Bez cukru, proszę.
Kit podeszła z filiżanką do lodówki.
— Jeśli znów wracasz do tego spotkania, to przykro mi, ale nadal nie mam czasu.
— Nie o to chodzi — powiedziała Joanna obserwując, jak Kit otwiera lodówkę. — Chciałam się tylko dowiedzieć, co się stało z Klubem Kobiet.
Kit stała przy otwartej lodówce odwrócona plecami do Joanny.
— Klub Kobiet? — powtórzyła. — Boże, to było tyle lat temu. Rozpadł się.
— Dlaczego? — spytała Joanna.
Kit zamknęła lodówkę i wyciągnęła szufladę szafki.
— Niektóre kobiety wyprowadziły się stąd — powiedziała. Zamknęła szufladę i odwróciła się, kładąc łyżeczkę na spodku. — A pozostałe przestały się tym interesować. Jak na przykład ja. Podeszła do stołu, patrząc na filiżankę. — Nie dokonałyśmy niczego pożytecznego, a spotkania stały się z czasem nudne.
Postawiła filiżankę na spodku i podsunęła Joannie.
— Nie za mało mleka? — spytała.
— Nie, wystarczy. Dziękuję. Dlaczego nic mi o tym nie wspomniałaś, kiedy tu byłam ostatnio?
Kit uśmiechnęła się, a dołki w policzkach pogłębiły się.
— Bo nie pytałaś. Gdybyś spytała, powiedziałabym ci, to żadna tajemnica. Może chcesz ciasta albo ciasteczek?
— Nie, dziękuję.
— Muszę poskładać te rzeczy — powiedziała Kit, odchodząc od stołu.
Joanna patrzyła, jak zamykała suszarkę i wyciągała coś białego ze sterty ubrań. Strząsnęła to — koszulka z krótkim rękawkiem. Joanna spytała, co się stało Billowi McCormickowi? Czy on nie umie włączyć pralki? Myślała, że jest jednym z geniuszy technicznych.
— Zajmuje się Marge — powiedziała Kit, składając koszulkę. — Prawda, że ładnie się uprała? — zauważyła z uśmiechem i włożyła koszulkę do kosza na bieliznę.
Zupełnie jak aktorka z reklamy.
Ależ to właśnie to, pomyślała Joanna. Wszystkie żony ze Stepford były aktorkami z reklam, zadowolone z proszków, past do podłóg, preparatów do czyszczenia, szamponów i dezodorantów. Ładne aktorki z dużym biustem i małym móżdżkiem, grające nieprzekonująco role podmiejskich gospodyń domowych. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe.
— Kit?
Tamta spojrzała na nią.
— Musiałaś być bardzo młoda, gdy zostałaś przewodniczącą Klubu, a to znaczy, że jesteś inteligentna i energiczna. Czy teraz jesteś szczęśliwa? Powiedz mi prawdę, czy nie czujesz, że należy ci się coś od życia?
Kit spojrzała na nią i skinęła potakująco głową.
— Jestem szczęśliwa, tak. I nie wydaje mi się, że coś mi się jeszcze należy od życia. Herb ma odpowiedzialną pracę, nie mógłby jej efektywnie wykonywać, gdyby nie moja pomoc. Stanowimy jedną całość, wychowujemy dzieci, robimy badania optyczne, mamy czysty, wygodny dom i pracujemy społecznie.
— Poprzez Stowarzyszenie Mężczyzn.
— Tak.
— Czy spotkania Klubu Kobiet były nudniejsze od obowiązków domowych?
Kit zastanowiła się przez chwilę: — Nie, ale nie były aż tak pożyteczne. Nie pijesz kawy, nie smakuje ci?
— Nie, tylko czekałam, aż ostygnie — podniosła filiżankę.
— Ach, tak — powiedziała Kit, uśmiechnęła się i wróciła do składania bielizny.
Joanna spoglądała na nią i zastanawiała się, czy zapytać, kim były te inne kobiety? Ale nie, pewnie wszystkie są takie jak Kit. Cóż to zresztą za różnica? Napiła się kawy — była mocna, aromatyczna, najlepsza, jakiej ostatnio kosztowała.
— Jak się czują dzieci? — spytała Kit.
— Dobrze — odpowiedziała.
Chciała jeszcze zapytać o gatunek kawy, ale zrezygnowała i wypiła jeszcze trochę.
***

