"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Przyjdę po ciebie nocą Heather Gudenkauf

Przyjdę po ciebie nocą Heather Gudenkauf

"Najczarniejsza ciemność przychodziła późną nocą."


Kolejny klimatyczny zimowy thrillerek, z klaustrofobiczną chatką pośrodku zaśnieżonego lasu, przyszłością i przeszłością, zazębiającą się małymi kroczkami, konsekwentnie dążąc to filmowego twista. 

Dwie narracje: wtedy i teraz, niezły amerykański farmerski klimacik zbrodni i tajemnicy.

Bardzo dobrze się samo czyta - rasowa opowieść, bez zmarnowanego czasu.


 MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***


Wylie Lark, autorka książek true crime, wyjeżdża do odosobnionego domu na wsi, by pracować nad swoją najnowszą powieścią. Potrzebuje spokoju, ma zapas jedzenia i opału, więc nie martwi jej zapowiadana burza śnieżna. Ani to, że spędzi ją w miejscu, w którym dwie dekady wcześniej zostały zamordowane dwie osoby i zaginęła dziewczynka, której nigdy nie odnaleziono.

Burza się nasila, a Wylie zostaje odcięta od reszty wsi, prądu i telefonu. Wtedy odkrywa na podwórku kilkuletniego, bliskiego zamarznięcia chłopca z urazem głowy. Po udzieleniu dziecku pomocy próbuje ustalić, co mu się przydarzyło, ale chłopiec nie mówi i sprawia wrażenie śmiertelnie przerażonego. W miarę upływu nocy sekrety związane ze zbrodnią sprzed lat wychodzą na jaw – Wylie zaś zdaje sobie sprawę, że jej dom nie jest tak odizolowany, jak sądziła, a ktoś z zewnątrz zrobi wszystko, by się do niego dostać.


Sanatorium Sarah Pearse

Sanatorium Sarah Pearse

"Piękno jakoś nie pasuje do koncepcji zamkniętego zakładu leczniczego."


Taki sobie zimowy thrillerek kryminalny w ładnej scenerii trochę w stylu Agathy Christie.

Może ta opowieść byłaby pełna napięcia, jak zapowiada okładka, gdyby nie bardzo irytująca główna bohaterka: pani detektyw z astmą, traumą, klaustrofobią, z nerwicą lękową - wow. Policjantka, która boi się własnego brata...

Pominę to milczeniem.

Nie jestem fanką takich opowieści, może dlatego mój entuzjazm jest średni, ale trzeba przyznać, że opowieść w miarę czytania dosyć się to rozkręca.

Dużo zabójstw /za dużo?/, dużo podejrzanych, zdania zawieszone w pustce... Niby cała historia jest spoko, ale czegoś tutaj zabrakło, właściwie klimat też jest, ale czyta się to całkiem zwyczajnie.

A twist jest lekko rzecz ujmując dziwny...


Podsumowując: nic wyjątkowego - można sobie poczytać, bo idealnie pasuje do tej pory roku.

P.S. I tu nie ma nic gotyckiego.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PROLOG

 

Styczeń 2015

 

Na podłodze leży sprzęt medyczny: rdzewiejące narzędzia chirurgiczne, potłuczone butelki, słoje, odrapane oparcie starego wózka inwalidzkiego. Przy ścianie stoi pożółkły i podarty materac.

Daniel Lemaitre ściska teczkę w dłoni i przełyka ślinę, aby zapanować nad odruchem wymiotnym. Trudno mu oprzeć się wrażeniu, że dusza tego budynku dostała się we władanie bezlitosnego czasu, który pozostawił po sobie tylko zepsucie i chorobę.

Idzie korytarzem. Odgłos jego pospiesznych kroków niesie się echem pośród wyłożonych płytkami powierzchni.

Patrz przed siebie. Nie odwracaj się.

Te wszystkie stare i zniszczone przedmioty przykuwają jego wzrok, jak gdyby chciały mu opowiedzieć swoją historię. On bez trudu potrafi sobie wyobrazić ludzi, którzy tu kiedyś przebywali i wypluwali sobie płuca.

Momentami wydaje mu się, że wciąż czuje zapach tamtego miejsca – że w powietrzu nadal unosi się ostry, gryzący zapach środków chemicznych niegdyś stosowanych tu na oddziałach.

Zatrzymuje się w połowie korytarza.

W pomieszczeniu naprzeciwko coś się poruszyło. Jakiś mroczny, rozmyty cień. Daniel czuje dziwny ucisk w żołądku. Zatrzymuje się i stoi przez chwilę w bezruchu, usiłując coś dostrzec. Wyłapuje z mroku tylko sterty porozrzucanych papierów, poskręcane rurki od aparatów tlenowych, połamaną ramę łóżka i zwisające pasy bezpieczeństwa.

Włosy na karku stają mu dęba, ale nic więcej nie zauważa. Wszędzie cisza i spokój.

Wzdycha ciężko i rusza znów przed siebie.

Daj spokój, mówi do siebie. Jesteś po prostu zmęczony. Za późno chodzisz spać, za wcześnie wstajesz.

W końcu dociera do frontowych drzwi. Ledwo je uchyla, a już srogi wiatr wdziera się do środka, otwierając je na oścież. Robi krok i mruży oczy, żeby je chronić przed podmuchem niosącym lodowe igiełki – a mimo to wzdycha z ulgą.

Sanatorium budzi w nim lęk, choć sam przecież zaprojektował każde drzwi, każde okno i każdy włącznik światła w nowym hotelu, a jednak chwilowo nie potrafi zapomnieć o przeszłości tego miejsca i o tym, co się tu kiedyś stało.

Spogląda na budynek z zewnątrz i stwierdza, że z tej perspektywy nie wygląda lepiej.

Surowa prostokątna budowla otulona śniegiem. Mocno zaniedbana. Obsypujące się i obszarpane balkony i balustrady. Długa zniszczona weranda. Kilka okien wytrzymało próbę czasu, ale większość dawno zabito deskami, więc fasadę tu i ówdzie oblepiają kwadraty z płyty paździerzowej.

Jakże ten budynek różni się od jego domu nad jeziorem w Vevey. Ta współczesna prosta bryła została w znacznej części przeszklona, aby zapewnić panoramiczny widok na taflę wody.

Na dachu ma taras, a u drzwi niewielką przystań.

Daniel osobiście to wszystko zaprojektował.

Myśli o swojej żonie Jo. Zapewne właśnie wróciła z pracy i choć już zdążyła zagonić dzieci do pracy domowej, w głowie wciąż jeszcze ma budżety i briefy reklamowe.

Wyobraża ją sobie w kuchni, jak przygotowuje kolację. Gdy pochyla się nad deską do krojenia, żeby wprawnymi ruchami posiekać składniki, kasztanowe włosy swobodnie spływają jej na twarz. Zapewne robi coś nieskomplikowanego: makaron, rybę albo podsmażane warzywa.

Żadne z nich nie jest dobre w obowiązkach domowych.

Ta myśl podnosi go na duchu, choć tylko na chwilę. Daniel idzie przez parking, z niepokojem myśląc o drodze powrotnej do domu.

Do dawnego sanatorium położonego pośród górskich szczytów trudno dojechać nawet przy sprzyjającej pogodzie. Zbudowano je na odludziu, by chorzy na gruźlicę przebywali z dala od zanieczyszczonego powietrza miast i miasteczek, a także z dala od ich mieszkańców.

W konsekwencji dojazd tutaj jest okropny. Droga wije się serpentynami pośród jodłowego gąszczu. Gdy Daniel wjeżdżał tu rano, płatki śniegu sypały mu się na przednią szybę niczym grad zmrożonych pocisków, ograniczając widoczność do kilku metrów.

Jest już blisko samochodu, gdy nagle nadeptuje na coś przysypanego śniegiem. To połamana tabliczka, na której namazano czerwoną farbą: NON AUX TRAVAUX!!!

STOP PRACOM BUDOWLANYM!!!

W przypływie złości Daniel wdeptuje transparent w ziemię. Protesty odbyły się tu zaledwie w zeszłym tygodniu. Przyszło pięćdziesięciu ludzi, którzy wykrzykiwali obraźliwe hasła i wymachiwali mu przed nosem jarmarcznymi tabliczkami. Całe zajście zostało sfilmowane telefonami i udostępnione w mediach społecznościowych.

To była jednak tylko jedna z wielu długich bitew, które trzeba stoczyć, aby ten projekt mógł ruszyć. Protestujący twierdzili, że zależy im na postępie i chętnie przyjmą pieniądze od turystów, ale gdy przyszło co do czego, zmienili zdanie.

Daniel to rozumie. Ludzie nie lubią, gdy komuś się coś udaje.

Ojciec kiedyś tak powiedział i miał rację. Okoliczni mieszkańcy z początku mieli dla niego wiele uznania. Gratulowali mu drobnych sukcesów, takich jak centrum handlowe w Sion czy apartamentowiec w Sierre z widokiem na Rodan, ale przecież co za dużo, to niezdrowo. Ileż można mieć tych sukcesów na koncie? Po co komu taka sława?

Danielowi trudno było oprzeć się wrażeniu, że zdaniem tych ludzi dość już dostał od życia i nie powinien wyciągać ręki po więcej. Skończył zalewie trzydzieści trzy lata, a jego pracownia architektoniczna cały czas dynamicznie się rozwijała. Do jego biur w Sion, w Lozannie i w Genewie lada moment dołączy kolejne w Zurychu.

Podobnie rzecz się miała z Lucasem, jednym z jego najstarszych przyjaciół i zarazem deweloperem tego projektu. On też miał ledwie trzydzieści kilka lat, a był już właścicielem trzech renomowanych hoteli.

Ich sukces kłuł ludzi w oczy.

A ten projekt ostatecznie przelał czarę goryczy. Do biur napływały nieprzyjemne maile i tradycyjne listy, pojawili się też internetowi trolle. Ludzie wnosili do różnych urzędów formalne zastrzeżenia co do planów budowy.

Najpierw rzucili się na Daniela. Na blogach i w serwisach społecznościowych o zasięgu lokalnym pojawiły się informacje, że jego firma ma trudności finansowe. Potem celem ataków stał się Lucas. W sumie dość podobnie to wyglądało. Generalnie większość ataków dało się łatwo odeprzeć, z jedną historią mieli jednak kłopot.

Daniel wolałby się tym nie przejmować, ale bardzo mu to przeszkadzało.

Chodziło o zarzuty łapówkarskie. O korupcję.

Próbował rozmawiać o tym z Lucasem, ale przyjaciel zawsze ucinał temat. Ta sprawa nie daje mu spokoju, ciągle go dręczy, jak zresztą wiele innych związanych z tym projektem, więc Daniel stara się po prostu o niej nie myśleć. Nie ma innego wyjścia. Musi się skupić na efekcie końcowym. Ten hotel ma ostatecznie przypieczętować jego status na rynku. Lucas przywiązuje tak dużą wagę do szczegółów, że Daniel stworzył spektakularnie ambitny projekt i miał dokonać rzeczy, które pierwotnie wydawały mu się nieosiągalne.

Dochodzi do samochodu. Na przedniej szybie leży warstwa świeżego śniegu.

Wycieraczki sobie z nią nie poradzą, trzeba to zeskrobać.

Gdy jednak sięga do kieszeni po kluczyki, dostrzega coś na ziemi.

Nachyla się, żeby to podnieść. To delikatny przedmiot wykonany z miedzi. Obraca go w palcach. Bransoletka. Po wewnętrznej stronie dostrzega ciąg liczb. Czyżby data?

Marszczy brwi. Właściciel musiał być tu dzisiaj. Inaczej bransoletkę przysypałby śnieg.

Tylko co ten ktoś robił tak blisko samochodu?

Przed oczami stają mu twarze protestujących, szydzące i wściekłe.

Czyżby ktoś z nich?

Daniel bierze głęboki oddech, a potem wsuwa bransoletkę do kieszeni. Wtedy coś dostrzega. Za hałdą śniegu usypaną na skraju parkingu coś się poruszyło.

We mgle majaczy zarys postaci.

Daniel czuje, że pocą mu się dłonie. Wciska przycisk w pilocie samochodowym, którym otwiera bagażnik, i podnosi wzrok.

Tuż przed nim, między nim a wozem, pojawia się jakaś postać.

Daniel zastyga jak rażony gromem, zastanawiając się w panice, na co właśnie patrzy. Jak to możliwe, że ktoś tak szybko do niego podszedł? Jak on mógł tego nie zauważyć?

Postać jest ubrana na czarno, twarz ma zasłoniętą. Przypomina to maskę gazową, tyle że z przodu nie ma filtra. Za to usta z nosem łączy gruby gumowy wąż, czarny i karbowany, który drga za każdym razem, gdy postać przestępuje z nogi na nogę.

Efekt jest przerażający. Potworny! To jak wizja rodem z najgłębszych pokładów podświadomości.

Myśl, nakazuje sobie Daniel. Myśl! Jego mózg przetwarza kolejne możliwości, stara się znaleźć nieszkodliwe, banalne wyjaśnienie tego zjawiska. To na pewno głupi żart i tyle. Jeden z protestujących próbuje go zastraszyć.

Postać rusza w jego stronę. Idzie ostrożnie, jakby każdy kolejny ruch miała starannie przemyślany.

Daniel widzi teraz tylko czarną gumową powłokę zakrywającą twarz, która zbliża się do niego i wypełnia całe pole widzenia. Dostrzega prążki na rurze. W tym samym momencie słyszy oddech, a właściwie wilgotne ssanie dobiegające zza maski. Jakby ktoś oddychał tlenem z butli.

Serce wali mu jak oszalałe.

– Co to ma znaczyć? – pyta i sam słyszy w swoim głosie strach. Próbuje nad sobą zapanować. – Kim jesteś? Co chcesz zrobić?

Krople spływają mu po twarzy. Może to topniejący śnieg, a może pot. Trudno rozróżnić.

Daj spokój, upomina się w duchu. Opanuj się. To tylko jakieś wygłupy!

Po prostu przejdź obok i wsiądź do samochodu.

W tym momencie kątem oka dostrzega drugi samochód. Nie było go tutaj, gdy przyjechał. To czarny pikap. Nissan.

No, stary. Ruszaj się!

Tylko że ciało ma odrętwiałe, jakby stracił nad nim panowanie. Rejestruje teraz już tylko dziwny oddech pod maską, z każdą chwilą głośniejszy i szybszy, a przy tym bardziej nerwowy.

Najpierw rozlega się odgłos zasysania, a po nim gwizd.

Raz po raz to samo.

Postać podchodzi do niego. Trzyma coś w ręce. Czyżby nóż? Daniel nie jest pewien, bo większość przedmiotu tonie w grubej rękawicy.

Ruchy, ruchy!

Udaje mu się wykonać najpierw jeden krok naprzód, potem drugi. Strach go paraliżuje.

Potyka się w śniegu, prawa noga mu ucieka.

Gdy w końcu odzyskuje równowagę, jest już za późno. Dłoń w rękawicy spoczywa na jego ustach. Daniel czuje jej wilgotny zapach. Maska też dziwnie pachnie. Nieco zaskakujący smród przypalanego plastiku zdaje się mieszać jeszcze z jakąś wonią.

Czegoś znanego.

Zanim udaje mu się odgadnąć, co to za zapach, czuje, że coś wbija mu się w udo. Jego myśli rozbiegają się na wszystkie strony, a potem umysł milknie.

Po kilku sekundach cisza przeradza się w nicość.

 

Informacja prasowa, poufna do północy 5 marca 2018

 

Le Sommet Hauts de Plumachit CransMontana 3963 Valais Szwajcaria W SZWAJCARSKIM KURORCIE CRANSMONTANA POWSTAJE 5-GWIAZDKOWY HOTEL Na skąpanym w słońcu płaskowyżu nad Crans-Montaną, wysoko w Alpach Szwajcarskich, miejscowy deweloper Lucas Caron otwiera Le Sommet.

Po ośmiu latach intensywnych prac planistycznych i budowlanych jedno z najstarszych w mieście sanatoriów ponownie otworzy swoje podwoje, tym razem jako luksusowy hotel.

Główny budynek został zaprojektowany pod koniec XIX wieku przez Pierre’a Carona, pradziadka Lucasa. Zanim wynalezienie antybiotyków wymogło na jego właścicielach zmianę profilu działalności, obiekt słynął już na całym świecie jako szpital dla gruźlików.

Później zyskał rozgłos za sprawą innowacyjnych rozwiązań architektonicznych, za które w 1942 roku Pierre Caron został uhonorowany pośmiertnie nagrodą Swiss Arts. Uznanie krytyków zaskarbił sobie, zręcznie wpisując panoramiczne okna w prostą bryłę budowli zwieńczonej płaskimi dachami i zdobionej geometrycznymi wzorami. Jeden z sędziów scharakteryzował ten budynek jako „przełomowy – z uwagi na przemyślane połączenie funkcji szpitala z architektoniczną płynnością przejścia między wnętrzami a otoczeniem zewnętrznym”.

„Nadszedł czas tchnąć nowe życie w te mury. Jesteśmy przekonani, że dzięki właściwej wizji uda nam się odrestaurować budynek i stworzyć tu hotel godny bogatej przeszłości tego miejsca”, powiedział Lucas Caron.

Pod nadzorem szwajcarskiej pracowni architektonicznej Lemaitre SA opracowano koncepcję rewitalizacji budynku, w którym teraz znajdzie się miejsce na nowoczesne spa i centrum eventowe.

W trakcie starannie przemyślanych prac remontowych zostaną wykorzystane naturalne materiały pozyskiwane z lokalnych źródeł, głównie drewno, łupki i kamień. Eleganckie wnętrza Le Sommet będą z jednej strony nawiązywać do otoczenia zewnętrznego budynku, z drugiej zaś czerpać z jego przeszłości i wplatać stare wątki w nową opowieść.

„To będzie bez wątpienia klejnot w naszej – tak czy owak – wspaniałej koronie kurortów zimowych”, zapewnia dyrektor generalny Valais Tourism, Philippe Volkem.

Szczegółowych informacji udziela agencja prasowa Leman z Lozanny.

Pytania i rezerwacje można przesyłać za pośrednictwem strony www.lesommetcransmontana.ch.

***

Klimatyczna opowieść o policjantce, która podczas pobytu w górskim hotelu musi zmierzyć się z mordercą… i z własną przeszłością.


Elin Warner, na co dzień pracująca w angielskiej policji, decyduje się otworzyć nowy rozdział w życiu w ekskluzywnym hotelu na górskim zboczu. Szybko okazuje się jednak, że zamieszkujące miejsce duchy nie pozwalają o sobie zapomnieć - ośnieżone lasy skrywają bowiem wiele mrocznych tajemnic.

Pewnego dnia jeden z pracowników hotelu dokonuje makabrycznego odkrycia - w sanatorium grasuje morderca. Tymczasem śnieżyca i lawina odcinają budynek od świata. Elin decyduje się zająć potworną zagadką człowieka, który najwyraźniej bardzo stara się udowodnić coś światu. Rozpoczyna się gra jeden na jednego…

Trzymająca w napięciu opowieść przywodząca na myśl klasyki gatunku.

Cykl: Elin Warner (tom 1)

Księga Koli'ego Mike Carey

Księga Koli'ego Mike Carey

"Czasem wydaje się, że wszystko, co żyje, nas nienawidzi. Albo przynajmniej prześladuje nas tak, jakby nas nienawidziło. To, co chcemy zjeść, z nami walczy z całych sił i czasami wygrywa. To, co chce zjeść nas, jest z tysiąc razy silniejsze i tak liczne, żeśmy nadali imiona tylko stworom najbliżej nas. A drzewa mają jeszcze swoje własne sposoby, żeby nas skrzywdzić, delikatne i subtelne, jak ich natura."


Oczywiście, jeśli autor przerewelacyjnej serii grozy Felix Castor popełnia powieść postapo, to obowiązkowo trzeba zerknąć. Tak też uczyniłam.

I co?

Ło matulu...

Jakże straszliwie ciężko było mi się wkręcić w tą dziwną opowieść... załapałam wiązkę mocy gdzieś dopiero od połowy...Pokonała mnie narracja... Jeśli jeszcze raz zobaczę słowo żem albo jużem to dostanę depresji...

Opowieść piętnastoletniego chłopaka o świecie w rzeczywistości post apokaliptycznej graniczącej z fantasy. Ale to nie jest taka zwykła fantasy: nasz stary swiat przestał istnieć, ale jego resztki przeplatają się z nowym, postapokaliptycznym i zacofanym Uniwersum pełnym osad i zacofania, potworów, mutacji i różnych grup ludzi z różnymi celami. Oraz zapomnienia

Od razu zostajemy wrzuceni w świat, którego nie znamy i zarzuceni nazwami których nie znamy.


"A Szańce, jak pewnie wiecie albo i nie, były jednym.

To właśnie znaczyła ta nazwa: mieli dawać i brać. Jeśliś był Szańcem, to właśnie dlatego, że stare technologie wracały, kiedy ich dotkłeś."


To troche tak, jakby neandertalczycy grali w playstation... takie klimaty... Stare, które jest nowe i nowe które jest bardzo stare i kompletnie nie jare...


"Stary świat się nie skończył, Koli. Mówimy, że został stracony, i to prawda. Dla nas jest stracony. Ale się nie skończył. Po prostu zabrano go z dala od ludzkości."


Jakbym oglądała Schwarzeneggera w Conanie Barbarzyńcy, który strzela z lasera i słucha MP Heavy metalu... I tak naprawdę to serio: cały czas przed oczami miałam Arnolda, kiedy czytałam wypowiedzi głównego bohatera, który też wymaga dużo cierpliwości, bo jest to po prostu debil. I tak jest zresztą nazywany przez całą powieść przez innych, a i ja miałam właśnie takie odczucie, co było dodatkowo męczące.  A kiedy już odkrywa, na czym NAPRAWDĘ polega bycie Szańcem, ma to swoje konsekwencje.

Jedyną jego przyjaciółką - jak na razie, bo zapowiada się na więcej - jest Monono: Świadoma Monono- Sony DreamSleeve, rozrywkowa konsola muzyczna... która, choć nieożywiona, ratuje przez większość czasu od połowy tą opowieść /oczywiście oprócz Ursali, która też daje radę, bo przynajmniej nawija normalnie.../.

Monono.


"To taki smutek z powodu pięknych rzeczy."


Takie klimaty.


Jeśli ma być szczera, to strasznie mnie zmęczyła ta opowieść... Po skończeniu czułam się jak po maturze, ale nie wiem, z jakiego przedmiotu. Po prostu połączenie tych dwóch światów i tych dwóch narracji i tych dwóch języków było dla mnie wykańczające psychicznie: to tak jakby się czytało w rozdwojeniu osobowości... Ja nie wiem, czy ja sięgnę po kolejną część i wyruszę do starego Londynu w nieznaną podróż z żemKoli... Chociaż zapewne tak zrobię, bo to Universum jest wymyślone naprawdę EPICKO, ale chyba na grzybkach, ale uczciwie trzeba przyznać, że JEST TO POMYSŁ.

Jednak pomimo szacunku zdecydowanie bardziej podobał mi się rewelacyjny grozowy świat Feliksa Castora.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

 Próba przetrwania w postapokaliptycznym świecie.

Za murami małej wioski rozciąga się nieznany świat. Świat, w którym zarośnięte lasy pełne są duszących drzew, śmiercionośnych pnączy i nasion, które zabijają na miejscu. A jeśli one cię nie dopadną, zrobi to jeden z niebezpiecznych wyrzutków.
Koli mieszka w Krzyżu Mythen od urodzenia. Wie, że pierwszą zasadą przetrwania jest niewychodzenie poza mury. Nie wie jednak, co się dzieje, gdy nie ma się wyboru…

To nie moje imię Megan Lally

To nie moje imię Megan Lally

"Pytasz osobę, która niczego nie pamięta, czy ma pytania... W kwestii życia, którego nie pamięta?


Ciekawie zaczynająca się opowieść, która ma swoją niespieszną, ale klimatyczną akcję. 

Od razu widzi się ekranizację i choć jest to historia chyba bardziej dla młodzieży, to jednak zalatuje tu tajemnicą, poczuciem zagrożenia, niepokojem, małomiasteczkowością, lasami i psychopatą.

To właściwie jest bardzo lekki thrillerek, przez co czyta się dosyć przyjemnie, a przede wszystkim bardzo szybko. Plusik za dość nieoczekiwany twist. Można zerknąć na jedno oko.


MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Poznajcie Moondrive Shadows – linię młodzieżowych thrillerów, które wciągają, zaskakują i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Odważycie się po nie sięgnąć? Jednak pamiętajcie – to, co straszne, zawsze kryje się w cieniu…
NIE POWINNA BYŁA MU UFAĆ.
Dziewczyna budzi się na poboczu drogi – samotna, przemarznięta, obolała. Nie pamięta, kim jest ani jak się tam znalazła. Kiedy trafia na komisariat, pojawia się zaniepokojony mężczyzna, który twierdzi, że jest jej ojcem. Ma jej dokumenty, rodzinne zdjęcia, zna każdy szczegół jej życia. Mówi, że dziewczyna nazywa się Mary. Mówi, że jest już bezpieczna.
Ale jeśli to prawda, dlaczego instynkt każe jej uciekać?
W tym samym czasie Drew gorączkowo szuka swojej dziewczyny Loli, która po kłótni wysiadła z jego auta i nigdy nie wróciła. Całe miasteczko, policja i rodzina Loli obwiniają Drew za to, co się stało. Nikt nie zamierza dochodzić prawdy. Nikt poza nim.
Dziewczyna, której tożsamość jest tajemnicą. Chłopak, który rozpaczliwie próbuje odkryć prawdę – zanim będzie za późno… Ten mroczny thriller budzi niepokój, od jakiego nie da się uwolnić. Idealny dla fanów „Przewodnika po zbrodni według grzecznej dziewczynki” i książek Natashy Preston.

Wszyscy wy zmartwychwstali Robert A. Heinlein/flim Przeznaczenie 2014

Wszyscy wy zmartwychwstali Robert A. Heinlein/flim Przeznaczenie 2014

 "Wąż, Który Zjada Własny Ogon, Zawsze i Wciąż... Wiem, skąd jestem, ale skąd jesteście wszyscy wy, zmartwychwstali?"


Kurdę, WOW!

Kolejna rewelacyjna ekranizacja w sumie bardzo średniego opowiadania, z którego wydobycie tego, co wydobyli aktorzy w filmie, graniczyło z cudem.

Świetny Ethan Hawke i przezajebista Sarah Snook!

Jestem pod wielkim wrażeniem, ale tylko i wyłącznie filmu - opowiadanie to zaledwie zarys: kaczka puszczona po tafli wody, ale to, co zadziało się w filmie to jest jeden z najlepszych, najbardziej klimatycznych BLOWMINDÓW paradoksu czasu i podróży w czasie ever!

Nie wiem, gdzie mi umknął do tej pory ten tytuł, ale jestem zachwycona - obejrzane na bezdechu za jednym zamachem, przy parujących zwojach móżgowych i wytrzeszczem zmysłów!

NIE DO POJĘCIA!

CZAD!


MOJA OCENA: FILM 10/10, OPOWIADANIE 5/10


***

"Wszyscy wy zmartwychstali" (oryg. "All You Zombies") to słynne opowiadanie Roberta A. Heinleina z 1959 roku, poruszające paradoksy czasowe i naturę "ja", które stało się podstawą filmu "Przeznaczenie" (2014) o agencie podróżującym w czasie, próbującym złapać przestępcę, co prowadzi do skomplikowanej pętli czasowej, w której bohater sam staje się swoimi przodkami. Opowiadanie słynie z zaskakującego zwrotu akcji i metafizycznych pytań o wolną wolę, a film wiernie oddaje tę złożoną historię, dodając wątek terrorysty. 

***

ZOBACZ FILM!

TU


PRZECZYTAJ OPOWIADANIE!

Robert A. Heinlein

WSZYSCY WY ZMARTWYCHWSTALI...

22.17 V (wsch.) strefy czasu - 7 list. 1970 - Nowy Jork - Bar U Taty.

Akurat przecierałem kieliszek do koniaku, kiedy wszedł Samotna Matka. Spojrzałem na zegarek: 10.17 wieczorem piątej strefy, czyli czasu wschodniego, dnia 7 listopada 1970 roku. Agenci temporalni zawsze zwracają uwagę na godzinę i datę - musimy.

Samotna Matka to dwudziestopięcioletni mężczyzna mniej więcej mojego wzrostu o rysach dziecka i drażliwym usposobieniu. Z wyglądu nigdy mi się nie podobał, ale to przez niego się tutaj znalazłem, jego miałem zwerbować. Przywitałem go zadowolonym uśmiechem barmana.

Może jestem zbyt krytyczny. Nie był gogusiowaty; jego przezwisko wzięło się stąd, że kiedy jakiś wścibski facet pytał go, czym się zajmuje, mówił:

- Jestem samotną matką.

A jeśli nie był w nastroju graniczącym z chęcią popełnienia mordu, dodawał:

- Za cztery centy od słowa. Pisuję zwierzenia.

Jeżeli czuł się podle, czekał na jakąś ofiarę. W zwarciu był zabójczy jak policjantka - i z tego właśnie powodu go potrzebowałem. Ale nie wyłącznie dlatego.

Był zalany i na jego twarzy malowała się większa niż zwykle pogarda dla ludzi. Bez słowa nalałem mu podwójną Old Underwear i zostawiłem butelkę. Wypił, sam nalał sobie jeszcze raz.

Wytarłem blat.

- Co słychać u Samotnej Matki?

Zacisnął palce na kieliszku i wydawało się, że zaraz nim we mnie rzuci. Sięgnąłem pod bar po pałkę. W manipulacjach z czasem staramy się wszystko przewidzieć, ale w grę wchodzi tak wiele czynników, że nigdy nie należy bez potrzeby ryzykować.

Zauważyłem, że złagodniał o ten niewielki ułamek, na który uczą nas zwracać uwagę w ośrodku szkoleniowym naszego Biura.

- Przepraszam - powiedziałem. - Chciałem po prostu zapytać, jak sprawy. Niech będzie, że pytałem o pogodę.

Sprawiał wrażenie skwaszonego.

- Sprawy w porządku. Ja piszę, oni drukują, ja mam co włożyć do gęby.

Nalałem sobie i pochyliłem się ku niemu.

- W rzeczy samej - rzekłem - pisze pan całkiem nieźle. Czytałem parę kawałków. Zdumiewająco dobrze rozumie pan kobiety.

Musiałem zaryzykować; nigdy się nie przyznał, jakich używa pseudonimów. Ale był tak ugotowany, że tylko to ostatnie zwróciło jego uwagę.

- Rozumiem kobiety! - powiedział, parskając. - Taa, rozumiem kobiety. Powinienem.

- Czyżby? - spytałem z powątpiewaniem. - Ma pan siostry?

- Nie. Nie uwierzyłby pan, gdybym wszystko opowiedział.

- No, no - odezwałem się łagodnie - barmani i psychiatrzy wiedzą, jak dziwna może być prawda. Gdybyś, synu, słyszał to, co ja, zrobiłbyś majątek. Niewiarygodne.

- Pan nie wie, co to niewiarygodne!

- Czyżby? Nic mnie nie zdziwi. Słyszałem gorsze rzeczy.

Znowu parsknął.

- Założymy się o to, co zostało w butelce?

- Założę się o całą - odparłem i postawiłem na barze pełną butelkę.

Dałem znak drugiemu barmanowi, żeby mnie zastąpił. Byliśmy przy końcu blatu, gdzie góra słoików z konserwowanymi jajami i różne inne rzeczy tworzyły ustronny kącik z jednym stolikiem. Przy drugim końcu kilku gości oglądało walki, ktoś włączył szafę grającą; tutaj jednak nikt nam nie przeszkadzał.

- Dobra - zaczął - na początek: jestem bękartem.

- Tutaj to nic szczególnego - rzekłem.

- Ale jestem - warknął. - Moi rodzice nie mieli ślubu.

- W dalszym ciągu nic szczególnego - upierałem się. - Moi też nie.

- Kiedy... - przerwał i po raz pierwszy posłał mi cieplejsze spojrzenie, jakiego jeszcze u niego nie widziałem. - Serio?

- Jasne. Jestem stuprocentowym bękartem. Właściwie - dodałem - w mojej rodzinie nikt nie bierze ślubu. A to tylko wygląda jak obrączka.

Pokazałem mu antyczny pierścionek, kupiony w osiemdziesiątym piątym od kolegi agenta, który przywiózł go z przedchrześcijańskiej Krety.

- Noszę to, żeby odstręczać kobiety. To Wąż Ouroboros... Wąż-Świat, który zjada własny ogon, wiecznie, bez końca. Symbol Wielkiego Paradoksu.

Ledwie raczył nań spojrzeć.

- Jeśli naprawdę jest pan bękartem, zna pan to uczucie. Kiedy byłem małą dziewczynką...

- Oj! Czyżbym się przesłyszał? - rzekłem.

- Kto tu opowiada? Kiedy byłem małą dziewczynką... Czy obiło się panu o uszy nazwisko Christine Jorgenson? Albo Roberta Cowell?

- Aaa, te przypadki zmiany płci. Chce mi pan powiedzieć...

- Proszę mi nie przerywać i niczego nie sugerować, bo nic nie powiem. W 1945 roku, kiedy miałem miesiąc, podrzucono mnie do sierocińca Cleveland. Jako mała dziewczynka zazdrościłem innym dzieciom, że mają rodziców. A później, gdy dowiedziałem się o seksie, a wierz mi, tatku, w sierocińcu człowiek szybko się uczy...

- Wiem.

- ...poprzysiągłem sobie, że każde moje dziecko będzie miało i tatę, i mamę. Zachowałem „czystość”, a to duża sztuka w takim otoczeniu... Musiałem nauczyć się bić, żeby mi się to udało. Potem podrosłem i uświadomiłem sobie, że nie mam najmniejszych szans, żeby wyjść za mąż... z tego samego powodu, dla którego mnie nie adoptowali - nachmurzył się. - Miałem końską twarz i krzywe zęby, płaskie piersi i proste włosy.

- Wygląda pan nie gorzej ode mnie.

- A kto zwraca uwagę na wygląd barmana? Czy pisarza? Ale ludzie chcą adoptować tylko śliczne błękitnookie i złotowłose idiotki. Później chłopcy chcą wybujałego biustu, ładnej buzi i zachowania typu „jaki z ciebie wspaniały mężczyzna”. - Wzruszył ramionami. - Nie mogłem z nimi konkurować. Postanowiłem więc wstąpić do K. O. B. I. T. E. K.

- Mm?

- Kobiecy Oddział Bezpośredniej Integracji Towarzyskiej Ekip Kosmicznych, który teraz nosi nazwę Aniołki Kosmosu, czyli Antynostalgiczno-Interwencyjny Oddział Usprawniania Ekip Kosmicznych.

Poznałem obie te nazwy, kiedy ustawiłem je sobie w czasie. Obecnie używamy jeszcze innego, trzeciego określenia dla tej elitarnej służby wojskowej: Damski Zespół Interwencyjny w kwestii Integracji. Przesunięcie semantyczne jest najgorszą przeszkodą przy skokach w czasie - czy wiecie, że „stacja obsługi” oznaczała niegdyś punkt wydawania frakcji ropy naftowej? Pewnego razu, kiedy wykonywałem zadanie w czasach Churchilla, jakaś kobieta powiedziała mi, że się spotkamy w pobliskiej stacji obsługi. Ale to było coś innego, niż myślicie, bo ówczesna „stacja obsługi” nie miała w środku łóżka.

- Stało się to wtedy - mówił dalej - gdy po raz pierwszy stwierdzono, że nie można wysyłać mężczyzn w kosmos na długie miesiące i lata bez możliwości rozładowywania wiadomego napięcia. Pamięta pan, jaki krzyk podnieśli purytanie? Brakowało ochotniczek, co zwiększało moje szanse. Dziewczyna musiała być porządna, najlepiej dziewica (lubili je szkolić od samego początku), umysłowo powyżej przeciętnej i emocjonalnie zrównoważona. Ale ochotniczkami były przeważnie stare pudła albo neurotyczki, które by się załamały po dziesięciodniowym pobycie w kosmosie. Nie musiałem więc ładnie wyglądać; gdyby mnie przyjęli, wyprostowaliby mi zęby, zrobili trwałą, nauczyli chodzić i tańczyć, i jak należy słuchać, żeby mężczyzna czuł się zadowolony, oraz wszystkich innych rzeczy, łącznie ze szkoleniem w podstawowych obowiązkach. Zastosowaliby nawet chirurgię plastyczną, aby tylko „naszym chłopcom” niczego nie brakowało.

Ale najlepsze, że zadbali o to, aby dziewczyna nie zaszła w ciążę podczas werbunku... każda zaś była prawie pewna, że wyjdzie za mąż pod koniec podróży. Tak samo dziś „aniołki” wychodzą za kosmonautów... mówią tym samym językiem.

Kiedy miałem osiemnaście lat, umieszczono mnie w pewnej rodzinie jako pomoc do dziecka. Oni po prostu potrzebowali taniej służącej, ale nie miałem nic przeciwko temu, bo nie mogłem się zaciągnąć przed ukończeniem dwudziestu jeden lat. Zajmowałem się domem i chodziłem do wieczorówki, udając, że w dalszym ciągu uczę się maszynopisania i stenografii, a zamiast tego uczęszczałem na kursy kosmetyczne, żeby zwiększyć swoje szanse podczas rekrutacji.

Potem poznałem jednego cwaniaczka ze studolarówkami. - Spochmurniał. - Ten nicpoń naprawdę miał całą furę studolarówek. Pokazał mi je któregoś wieczoru i kazał mi się poczęstować.

Ale nie wziąłem. Lubiłem go. To pierwszy mężczyzna, jakiego spotkałem, który był dla mnie miły i nie próbował się do mnie dobierać. Rzuciłem szkołę, żeby częściej się z nim widywać. To najszczęśliwszy okres w moim życiu.

Później, pewnego wieczoru w parku zaczął się do mnie dobierać.

Przerwał.

- A potem? - spytałem.

- Potem nic! Nigdy już go nie widziałem. Odprowadził mnie do domu i powiedział, że mnie kocha... pocałował na dobranoc i nigdy już nie wrócił. - Spojrzał ponuro. - Gdybym tylko mógł go znaleźć, zabiłbym.

- No cóż - odezwałem się ze zrozumieniem - wiem, co pan czuje. Ale zabić... tylko za to, co przychodzi naturalnie... hm... Szukał go pan?

- A co to ma do rzeczy?

- A ma, i to wiele. Może sobie zasłużył, żeby mu przyłożyć za zerwanie z panem, ale...

- Zasłużył sobie na coś gorszego! Niech pan poczeka, aż skończę. Nikt niczego nie podejrzewał i uznałem, że dobrze się stało. Tak naprawdę nie kochałem go i nigdy nikogo nie pokocham... zależało mi na wstąpieniu do K. O. B. I. T. E. K., jak nigdy. Nie odrzucili mnie, nie upierali się przy dziewicach. To mnie pocieszyło, póki nie uświadomiłem sobie, że moje spódnice zrobiły się za ciasne.

- Ciąża?

- Wrobił mnie jeszcze bardziej! Te skąpiradła, u których mieszkałem, nie zwracały na to uwagi, dopóki mogłem pracować... potem mnie wywaliły, a z powrotem do sierocińca nie chcieli mnie przyjąć. Wylądowałem w klinice dla ubogich w otoczeniu innych brzuchatych bab i poobijanych basenów, do chwili gdy przyszedł na mnie czas.

Którejś nocy znalazłem się na stole operacyjnym i pielęgniarka powiedziała, żebym się rozluźnił i głęboko oddychał. Obudziłem się w łóżku, zdrętwiały od stóp aż po klatkę piersiową. Wszedł mój chirurg.

„Jak się pani czuje?” - spytał wesoło.

„Jak mumia”.

„To normalne. Jest pani tak samo zabandażowana i nafaszerowana lekarstwami, aby nic nie czuć. Przyjdzie pani do siebie... ale cesarskie to nie zastrzał”. „Cesarskie - powiedziałem. - Doktorze, czy straciłam dziecko?”. „Skądże znowu. Pani dziecko czuje się świetnie”. Odetchnąłem.

„Chłopiec czy dziewczynka?” - spytałem.

„Zdrowa dziewucha. Prawie dwa i pół kilograma”.

Ulżyło mi. To duża rzecz urodzić dziecko. Pomyślałem sobie, że gdzieś wyjadę, podam się za mężatkę, a dzieciakowi powiem, że ojciec nie żyje... nie, moje dziecko nie pójdzie do sierocińca!

Ale chirurg mówił dalej.

„Proszę mi powiedzieć, eee... - zwracał się do mnie bezosobowo - ...czy nigdy nie było problemów z układem hormonalnym?”.

„Co? - zdziwiłem się. - Oczywiście, że nie. Do czego pan zmierza?”.

Zawahał się.

„Powiem wszystko za jednym zamachem, a potem zastrzyk nasenny i prześpimy sobie wszystkie nerwy. A jest się czym zdenerwować”. „Dlaczego?” - spytałem.

„Słyszałem o szkockim lekarzu, który do trzydziestego piątego roku życia był kobietą... Potem przeszedł operację i stał się mężczyzną z prawnego i medycznego punktu widzenia. Ożenił się i wszystko było dobrze”.

„A co to ma wspólnego ze mną?”.

„To, co mówię. Jest pani mężczyzną”.

Usiadłem na łóżku.

„Co takiego?”.

„Tylko spokojnie. Kiedy panią otworzyłem, złapałem się za głowę. Posłałem po naczelnego chirurga, a sam tymczasem wyjąłem dziecko. Później, z panią na stole, odbyliśmy konsultację i po paru godzinach pracy uratowaliśmy, co się dało. Miała pani dwa komplety organów, oba niedojrzałe, ale zestaw żeński dostatecznie rozwinięty, żeby urodzić dziecko. Do niczego już by się nie przydał, więc go usunęliśmy, porządkując wszystko tak, że może się pani prawidłowo rozwijać jako mężczyzna. Proszę się nie martwić. Jest pani młoda, kości się ułożą, będziemy obserwować równowagę hormonalną... i zrobimy z pani wspaniałego młodzieńca”.

Rozpłakałem się.

„A co z moim dzieckiem?”.

„No cóż, nie może jej pani karmić, pani mleka nie starczy nawet dla małego kotka. Ja tam bym jej nawet nie oglądał i zgodził się na adopcję”. „Nie!”.

Wzruszył ramionami.

„Wybór należy do pani, pani jest jej matką... eee... rodzicem. Ale teraz proszę się nie martwić, najpierw doprowadzimy panią do zdrowia”.

Następnego dnia pozwolili mi zobaczyć córkę i widywałem ją codziennie, starając się do niej przyzwyczaić. Nigdy przedtem nie widziałem dopiero co urodzonego niemowlaka i nie miałem pojęcia, jak okropnie takie coś wygląda - a ona wyglądała jak pomarańczowa małpka. Moje uczucia do niej zmieniły się w chłodne postanowienie, że będę traktował ją przyzwoicie. Ale w cztery tygodnie później nie miało to już żadnego znaczenia.

- Mm?

- Porwali ją.

- Porwali?

Samotna Matka omal nie przewrócił butelki, o którą się założyliśmy.

- Porwali... ukradli ją z oddziału niemowlęcego! - westchnął ciężko. - Jak można było pozbawić człowieka ostatniej rzeczy, dla której żył?

- Paskudna sprawa - zgodziłem się. - Naleję panu. Nie było żadnych poszlak?

- Policja niczego nie znalazła. Ktoś przyszedł ją zobaczyć, podając się za jej wujka. Kiedy pielęgniarka się odwróciła, zabrał dziecko i wyszedł.

- Jak wyglądał?

- Po prostu mężczyzna o przeciętnej twarzy, jak pańska czy moja. - Zmarszczył brwi. - Sądzę, że ojciec dziecka. Pielęgniarka przysięgała, że był to człowiek starszy, ale prawdopodobnie się ucharakteryzował. Któż inny mógłby gwizdnąć dziecko? Takie numery robią bezdzietne kobiety, ale żeby mężczyzna?

- Co się potem z panem działo?

- Przebywałem w tym ponurym miejscu jeszcze przez jedenaście miesięcy i przeszedłem trzy operacje. Po czterech miesiącach zaczęła mi rosnąć broda, a przed wyjściem regularnie się goliłem... i już nie wątpiłem, że jestem mężczyzną. - Uśmiechnął się krzywo. - Zaglądałem pielęgniarkom w dekolty.

- Cóż - rzekłem - wydaje mi się, że dobrze pan to zniósł. Jest pan normalnym, nieźle zarabiającym mężczyzną bez poważniejszych kłopotów. A życie kobiety nie jest łatwe.

Spojrzał na mnie.

- Dużo pan o nim wie!

- A bo co?

- Słyszał pan kiedyś wyrażenie „zrujnowana kobieta”?

- Hm. Przed laty. Dziś niewiele znaczy.

- Byłem tak zrujnowany, jak zrujnowana może być tylko kobieta. Ten oszust naprawdę mnie zrujnował. Nie byłem już kobietą... i nie wiedziałem, jak być mężczyzną.

- Przypuszczam, że to kwestia przyzwyczajenia.

- Nie ma pan pojęcia. To nie sprawa ubioru czy wchodzenia do właściwej toalety; tego nauczyłem się w klinice. Ale jak tu żyć? Gdzie znaleźć pracę? Cholera, nawet nie potrafiłem prowadzić samochodu. Nie miałem żadnego zawodu, nie mogłem pracować fizycznie... za dużo zbliznowaceń, zbyt delikatny.

U K. O. B. I. T. E. K. nie miałem już czego szukać i za to również go nienawidziłem, ale nie wiedziałem jak bardzo, dopóki zamiast tam nie spróbowałem wstąpić do Korpusu Kosmicznego. Wystarczyło jedno spojrzenie na mój brzuch, żeby lekarz wojskowy uznał mnie za niezdolnego do służby. Bardzo długo mnie badał, po prostu z ciekawości: czytał o moim przypadku.

Zmieniłem więc nazwisko i przyjechałem do Nowego Jorku; pracowałem jako pomocnik kucharza, a potem wypożyczyłem maszynę do pisania i otworzyłem punkt usługowy, ale było to śmiechu warte, bo w ciągu czterech miesięcy przepisałem cztery listy i jeden rękopis. Rękopis miał iść do „Opowieści z życia wziętych”, choć szkoda było nań papieru, ale ten bęcwał, który to napisał, sprzedał go. To podsunęło mi pewien pomysł: kupiłem całą stertę magazynów drukujących historyjki z życia i przestudiowałem je sobie. - Spojrzał cynicznie. - Teraz już pan wie, skąd się bierze ten autentyzm w moich opowieściach samotnych matek: z tej jedynej wersji, której nie sprzedałem, tej prawdziwej. No i co, wygrałem?

Popchnąłem butelkę w jego stronę. Sam byłem nie w humorze, lecz miałem do wykonania zadanie.

- Synu - rzekłem - czy w dalszym ciągu chcesz dostać w łapy tego łobuza?

Oczy mu zajaśniały dzikim blaskiem.

- Spokojnie - powiedziałem. - Ale go nie zabijesz?

Zachichotał groźnie.

- Sprawdź.

- Uspokój się. Wiem o tym więcej, niż ci się zdaje. Mogę ci pomóc. Wiem, gdzie on jest.

Rzucił się na bar i chwycił mnie za koszulę.

- Gdzie?

- Puść mnie, synu - powiedziałem cicho, pokazując pałkę - bo wylądujesz na ulicy i powiemy gliniarzom, że zemdlałeś. Puścił.

- Przepraszam. Ale gdzie on jest? - Spojrzał na mnie. - I skąd aż tyle wiesz?

- Wszystko we właściwym czasie. W klinikach i sierocińcach są kartoteki, istnieją karty choroby. Przełożoną twojego sierocińca była Mrs. Fetherage, a potem Mrs. Gruenstein, zgadza się? Jako dziewczynka miałeś na imię Jane, zgadza się? A tego przecież mi nie mówiłeś, prawda?

Zbiło go to z tropu i z lekka przestraszyło.

- Co jest grane? Chcesz mi narobić kłopotów?

- Nic podobnego. Pragnę twojego dobra. Mogę ci rzucić w ramiona tego typka i zrobisz z nim, co uznasz za stosowne. Ale go nie zabijesz, bo byłbyś niespełna rozumu, a nie jesteś. Nie do tego stopnia.

Zignorował ostatnią uwagę.

- Skończ z tym gadaniem. Gdzie on jest?

Nalałem mu trochę; był pijany, lecz gniew go otrzeźwił.

- Nie tak szybko. Ja zrobię coś dla ciebie... ty zrobisz coś dla mnie.

- Hm... co mianowicie?

- Nie lubisz swojej pracy. A co byś powiedział na wysoką pensję, stałe zajęcie, konto dyspozycyjne bez ograniczeń, w robocie sam byłbyś sobie szefem, praca urozmaicona i pełna przygód?

Popatrzył na mnie zdziwiony.

- Powiedziałbym, że na wierzbie rosną gruszki. Daj sobie spokój, tatku, nie ma takiej roboty.

- Dobrze, zróbmy więc tak: ja ci go dam, załatwisz z nim porachunki, a potem weźmiesz tę pracę. Jeśli nie będzie taka, jak powiedziałem, cóż, nie mam zamiaru cię zmuszać.

Kiwał się; sprawił to ostatni kieliszek.

- Kiedy go dostanę? - zabełkotał ochrypłym głosem i wyciągnął do mnie rękę. - Umowa stoi!

Dałem znak swemu pomocnikowi, żeby zajął się całym barem. Spojrzałem na zegarek - 23.00 - i pochyliłem się, by przejść pod blatem, kiedy szafa grająca ryknęła: „Jestem swoim własnym dziadkiem!”. Kazałem obsłudze naładować ją kompozycjami amerykańskimi i klasykami, bo nie trawię tak zwanej muzyki z lat siedemdziesiątych, ale nie wiedziałem, że na taśmie znalazła się i ta piosenka.

- Wyłącz to i zwróć gościowi pieniądze - wykrzyknąłem i dodałem: - Idę do magazynu. Zaraz wracam.

W korytarzu, naprzeciwko wejścia do toalety, znajdowały się stalowe drzwi, do których klucz mieliśmy tylko ja i kierownik dziennej zmiany; wewnątrz były jeszcze jedne drzwi, ale do nich klucz miałem tylko ja. Weszliśmy tam.

Rozejrzał się mętnym wzrokiem po ścianach bez okien.

- Gdzie on jest?

- Już, już - odparłem. Otworzyłem walizkę - jedyny przedmiot w tym pokoju. Był to polowy transformator współrzędnych USFF, seria 1992, model II - piękna rzecz, ani jednej ruchomej części, z pełnym wyposażeniem waży tylko dwadzieścia trzy kilogramy, a wygląda jak zwykła walizka. Już wcześniej tego dnia dokładnie go nastawiłem i jedyne, co mi pozostało do zrobienia, to rozwinąć siatkę, która ogranicza pole transformacji, co też uczyniłem.

- Co to? - spytał.

- Wehikuł czasu - odparłem i narzuciłem na obu nas siatkę.

- Ej! - krzyknął i cofnął się.

Trzeba mieć technikę: siatkę należy zarzucić tak, aby ten ktoś instynktownie się cofnął i wszedł na jej metalowe oczka, a potem dokładnie ją zamknąć, aby obie osoby znalazły się w całości wewnątrz niej, inaczej można zostawić podeszwy albo część stopy czy też zabrać ze sobą kawałek podłogi. I na tym polega cała umiejętność. Niektórzy agenci naprowadzają delikwenta na siatkę; ja tam zawsze mówię prawdę i korzystam z tej chwili zupełnego zaskoczenia, by nacisnąć przełącznik. Tak też zrobiłem.


10.30 - vi - 3 kwietnia 1963 - Cleveland, stan Ohio, Apex Building:

- Ej! - krzyknął ponownie. - Zdejmij to cholerstwo!

- Przepraszam - powiedziałem i uczyniłem to: wepchnąłem siatkę do walizki i zamknąłem ją. - Twierdziłeś, że chcesz go znaleźć.

- Ale... mówiłeś, że to wehikuł czasu!

Wskazałem na okno.

- A czy to wygląda na listopad? Albo Nowy Jork?

Kiedy gapił się na świeże pąki i wiosenną pogodę, otworzyłem walizkę, wyjąłem paczkę banknotów studolarowych, sprawdziłem, czy numery i podpisy odpowiadają rokowi 1963. Tych z Biura Czasu mało obchodzi, ile się wydaje (pieniądze nic nie kosztują), ale nie lubią niepotrzebnych anachronizmów. Ktoś zrobi za dużo błędów i zaraz sąd wojskowy skazuje na roczne zesłanie w jakimś paskudnym okresie, powiedzmy w roku 1974, z jego kartami na żywność i przymusową pracą. Nigdy nie robię takich błędów; pieniądze były w porządku. Odwrócił się do mnie i powiedział:

- Co się stało?

- On jest tutaj. Wyjdź i dostań go. Tu masz forsę na wydatki. - Wcisnąłem mu pieniądze i dodałem: - Załatw go, a potem cię zabiorę.

Studolarówki mają hipnotyczny wpływ na człowieka, który nie jest do nich przyzwyczajony. Kiedy go wypuszczałem do holu, obmacywał je z niedowierzaniem. Zamknąłem za nim drzwi na klucz. Z łatwością dokonałem następnego skoku - tylko niewielkie przesunięcie na skali stulecia.


17.00 - vi - 10 marca 1964 - Cleveland - Apex Building: Pod drzwiami leżała kartka z wiadomością, że za tydzień mam zwolnić pokój, który poza tym wyglądał jak przed chwilą. Na dworze drzewa były nagie i zanosiło się na śnieg. Spieszyłem się; wstąpiłem tylko po ówczesne pieniądze, marynarkę, kapelusz i palto, które tam zostawiłem, kiedy wynajmowałem pokój. Minęło dwadzieścia minut, nim udało mi się tak zanudzić pielęgniarkę z oddziału niemowlęcego, że mogłem niepostrzeżenie zwędzić dziecko. Wróciłem z nim do Apex Building. Tym razem nastawianie czasu było trudniejsze, gdyż w roku 1945 budynek ten jeszcze nie istniał. Ale już wcześniej zdążyłem sobie to przeliczyć.


01.00 - vi - 20 września 1945 - Cleveland - motel „Skyview”: Z transformatorem polowym i dzieckiem zajechałem do motelu za miastem. Zameldowałem się jako Gregory Johnson z Warren w stanie Ohio i w ten sposób wylądowaliśmy w pokoju, w którym story były zaciągnięte, okna pozamykane, drzwi zaryglowane, a z podłogi wszystko uprzątnięte, żeby maszyna miała swobodę, kiedy wchodzi w drgania. Krzesło stojące w nieodpowiednim miejscu może zrobić niezłego siniaka; oczywiście nie samo krzesło, lecz jego odbicie od pola.

Żadnych kłopotów. Jane spała głębokim snem; wyniosłem ją, wsadziłem do tekturowego pudełka na siedzeniu zawczasu przygotowanego samochodu, pojechałem do sierocińca. Zatrzymałem się przy stacji obsługi (tej od produktów naftowych) i zatelefonowałem do sierocińca; wróciłem do samochodu akurat na czas, by zobaczyć, jak wnoszą pudło do środka. Nie zatrzymując się, pojechałem dalej, porzuciłem samochód w pobliżu motelu, do którego wróciłem pieszo i przeskoczyłem do Apex Building w 1963 roku.


22.00 - VI - 24 kwietnia 1963 - Cleveland - Apex Building: Z wszystkim zdążyłem prawie na styk - dokładność przy podróżach w czasie zależy od ich długości - poza powrotem do momentu zerowego. Jeśli się nie myliłem, tam, w parku, Jane właśnie odkrywała podczas tej rozkosznej wiosennej nocy, że nie jest tak całkiem „przyzwoitą” dziewczyną, jak myślała. Złapałem taksówkę do domu tych skąpiradeł, kazałem kierowcy poczekać za rogiem, a sam przyczaiłem się w cieniu.

Wkrótce zauważyłem ich w głębi ulicy: szli objęci. Odprowadzał ją na sam ganek i długo całował na dobranoc - dłużej, niż myślałem. Niepostrzeżenie zrównałem z nim krok i wziąłem pod rękę.

- To wszystko, synu - powiedziałem cicho. - Wróciłem po ciebie.

- To ty! - wykrztusił i dech mu zaparło.

- Ja. Teraz już wiesz, kto nim jest... a jak się zastanowisz, będziesz wiedział, kim ty jesteś... a jeśli dobrze pomyślisz, to zgadniesz, kim jest dziecko... i kim jestem ja.

Nie odpowiedział. Był ogromnie wstrząśnięty. To dla każdego szok, kiedy mu się udowodni, że uwodzi samego siebie. Zabrałem go do Apex Building i znów dokonaliśmy skoku.


23.00 - VIII - 12 sierpnia 1985 - baza Rockies: Obudziłem dyżurnego sierżanta, pokazałem mu legitymację i poleciłem po zaaplikowaniu pigułki szczęścia położyć do łóżka mojego towarzysza, a rano zwerbować. Sierżant był skwaszony, ale ranga jest rangą bez względu na erę; zrobił, co kazałem, myśląc niewątpliwie, że następnym razem on może będzie pułkownikiem, a ja sierżantem. A takie coś może się zdarzyć w naszym korpusie.

- Jak się nazywa? - spytał.

Kiedy napisałem nazwisko, zdziwił się.

- Ach, tak? No, no, no...

- Róbcie swoje, sierżancie. - Przywołałem go do porządku i zwróciłem się do mego towarzysza: - Synu, skończyły się twoje kłopoty. Wkrótce rozpoczniesz najlepszą pracę, jaką kiedykolwiek miał człowiek... i dobrze zrobisz. Ja to wiem.

- Pewnie, że dobrze zrobisz - powiedział sierżant. - Spójrz tylko na mnie: urodziłem się w 1917, a wciąż jestem na chodzie, ciągle młody i dalej cieszę się życiem.

Wróciłem do pokoju z maszyną czasu, nastawiłem wszystko na zero.


23.01 - V -7 listopada 1970 - Nowy Jork - Bar U Taty: Wyszedłem z magazynu, niosąc butelkę drambuie, żeby jakoś usprawiedliwić swoją jednominutową nieobecność. Mój pomocnik sprzeczał się z gościem, który włączył „Jestem swoim własnym dziadkiem!”.

- Daj mu posłuchać - powiedziałem - a potem to wyłącz.

Byłem bardzo zmęczony.

To wstrętne, ale ktoś to musi robić, a ostatnio, od czasu wielkiej wpadki z 1972 roku, tak bardzo trudno kogokolwiek zwerbować. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób niż wybieranie ludzi mających całkiem pogmatwane życie w czasach, w których żyją, i oferowanie im dobrze płatnej, interesującej (choćby nawet niebezpiecznej) pracy w słusznej sprawie. Wszyscy teraz wiedzą, dlaczego „nieudana wojna” w 1963 roku skończyła się fiaskiem. Bomba przeznaczona dla Nowego Jorku nie wybuchła i sto innych rzeczy nie wyszło zgodnie z planem - wszystko to przygotowali tacy jak ja.

Ale nie wpadka z 1972 - tym razem to nie była nasza wina i nie można tego odwrócić; nie ma tu żadnego paradoksu do naprawiania. Coś jest albo czegoś nie ma teraz i zawsze, na wieki wieków amen. Ale drugiej takiej pomyłki nie będzie: pewien rozkaz datowany „1992” ma pierwszeństwo bez względu na rok.

Zamknąłem bar pięć minut wcześniej, zostawiwszy w kasie list, w którym zawiadamiałem kierownika dziennej zmiany, że przyjmuję jego ofertę i zgadzam się odstąpić mu swój udział, i żeby skontaktował się z moim adwokatem, gdyż wyjeżdżam na długi urlop. Ci z biura mogą odebrać od niego należność albo nie, lecz chcą, by wszystko zostawiać po sobie w należytym porządku. Poszedłem do pokoju za magazynem i przeniosłem się do 1993 roku.


22.00 - VII - 12 stycznia 1993 - pawilon w Sub Rockies - Dowództwo Korpusu: Zgłosiłem oficerowi dyżurnemu swój powrót i poszedłem do siebie z zamiarem przespania całego tygodnia. Zabrałem ze sobą butelkę, o którą się założyliśmy (ostatecznie ją wygrałem) i napiłem się przed sporządzeniem raportu. Okropnie mi nie smakowało i zacząłem się zastanawiać, dlaczego w ogóle dotychczas lubiłem Old Underwear. Jednak to lepsze niż nic; nigdy nie lubię być całkiem trzeźwy, za dużo wtedy myślę. Ale też i nie upijam się: inni po pijanemu widzą węże, ja zaś ludzi.

Podyktowałem raport; biuro potwierdziło przyjęcie czterdziestu zwerbowanych - łącznie ze mną, bo wiedziałem, że mnie przyjmą. Byłem tu przecież, no nie? Potem wystukałem na maszynie prośbę o przeniesienie do służby operacyjnej; obrzydło mi werbowanie. Wrzuciłem oba pisma do automatu i ruszyłem w stronę łóżka.

Moje spojrzenie padło na „Regulamin czasu” nad łóżkiem:

Nigdy nie rób wczoraj tego, co masz zrobić jutro.

Jeśli w końcu zrobisz karierę, nigdy nie próbuj tego jeszcze raz.

Spięcie w czasie oszczędza dziewięć miliardów.

Paradoks można sparadoksować.

Już jest wcześniej, kiedy myślisz.

Przodkowie to po prostu ludzie.

Nawet Jowisz czasem ucina sobie drzemkę.

Już mnie tak nie inspirował jak wówczas, gdy sam byłem rekrutem; trzydzieści subiektywnych lat przenoszenia się w czasie wyczerpuje człowieka. Rozebrałem się i kiedy byłem już nago, popatrzyłem na swój brzuch. Cesarskie pozostawia po sobie wielką bliznę, ale teraz jestem tak obrośnięty, że jej nie widać, chyba żeby się dobrze przyjrzeć.

Potem spojrzałem na pierścionek na moim palcu.

Wąż, Który Zjada Własny Ogon, Zawsze i Wciąż... Wiem, skąd jestem, ale skąd jesteście wszyscy wy, zmartwychwstali?

Czułem nadchodzący ból głowy, lecz proszek nasenny jest jedyną rzeczą, jakiej nie używam. Kiedyś to zrobiłem i... wszyscy odeszliście.

Wgramoliłem się do łóżka i gwizdnięciem zgasiłem światło.

Tak naprawdę was w ogóle nie ma. Nie ma nikogo poza mną - Jane - samą tutaj w ciemności.

Okropnie mi was brak!

***






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger