"A dziś żem se czytła..."

Statystyki

Intruzi Michael Marshall Smith

Ogromne zaskoczenie! Połączenie Connelly'ego i archiwum X! Typ: zaskórniak! Bardzo mało znana, a przecież to taka rewelacyjna powieść!

POLECAM!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Prolog
Dudnienie niosło się na pół ulicy i aż dziw, że sąsiedzi nie protestowali — lub nie robili tego częściej i bardziej zdecydowanie. Na ich miejscu na pewno by to zrobiła, zwłaszcza że muzyka była naprawdę okropna. Czuła, że powinna od razu po wejściu udać się na górę i wrzasnąć na Josha, żeby to ściszył. Podejrzewała, że obrzuciłby ją hardym spojrzeniem nastolatka, jakby nie bardzo wiedział, kim jest, kto dał jej prawo mieszać się do jego życia i co się, u diabła, stało, że zrobiła się taka nudna i stara. Ewentualnie jako w zasadzie dobre dziecko przewróciłby tylko oczami i ściszył o jedną kreskę, tyle że w ciągu pół godziny natężenie dźwięku stopniowo osiągnęłoby poziom nawet wyższy niż wcześniej.
Zwykle takie interwencje należały na Billa — chyba że siedział zamknięty w swoim warsztacie w piwnicy lub tak jak dziś nie było go w domu, ponieważ spotkał się z kolegami z wydziału. Nie miała o to do niego żalu, częściowo dlatego, że pozwoli mu to nagrać się w kręgle, a ona nie będzie musiała w tej idiotycznej rozrywce uczestniczyć, częściowo zaś dlatego, że tego typu wyjścia zdarzały mu się bardzo rzadko. Co parę tygodni szli tylko we dwójkę wieczorem do restauracji, ale ostatnio najczęściej jedli kolację w domu, po czym Bill wstawał od stołu i z wyrazem podekscytowania na twarzy i z kluczem francuskim w dłoni ruszał do piwnicy. Czasem jego majsterkowaniu towarzyszyły dziwne dźwięki — niskie buczenie, które aż rezonowało w żołądku — ale na szczęście ostatnio to ustało. Facetowi dobrze robi, kiedy od czasu do czasu może wyskoczyć z domu i powałęsać się z kolegami, nawet jeśli są to Pete Chen i Gerry Johnson, dwaj najgorsi nudziarze, jakich spotkała w całym swoim życiu. Nie umiała sobie nawet wyobrazić, jak zrelaksowani grają w kręgle lub stoją przy barze z drinkiem w ręku, a właściwie robią cokolwiek, co nie ma bezpośredniego związku z UNIX-em lub kolbą lutowniczą. Dodatkową zaletą wyjść Billa było też to, że miała wtedy trochę czasu dla siebie. Należy się to każdej, nawet najbardziej kochającej żonie. Na dziś zaplanowała dwie godziny oglądania ulubionych programów w telewizji i ani razu nie przełączy na żaden z kanałów publicystycznych. Robiąc cotygodniowe zakupy w delikatesach na Broadwayu, specjalnie z myślą o tym kupiła kilka smakowitych przekąsek.
Gina otworzyła drzwi i wkroczyła w strefę jeszcze gorszego hałasu, przez moment zastanowiła się, czyjej synowi przychodzi w ogóle do głowy, że jego solidna, bezbarwna mama też była kiedyś ostrą zawodniczką. Że zanim zakochała się w młodym wykładowcy fizyki Billu Andersonie i rozpoczęła z nim szczęśliwe życie w cieple domowego ogniska, włóczyła się po znacznie mniej szacownych przybytkach Seattle, Tacomy i okolic, słuchając głośnej muzyki, pijąc tanie piwo i budząc się rano z głową tak obolałą, jakby ktoś walił w nią obuchem. Że zapamiętale podrygiwała na koncertach Pearl Jam i Ideal Mausoleum, a nawet Nirvany w czasach, gdy były to jeszcze miejscowe, nikomu nieznane zespoły, w których grali pełni zapału i ambicji chłopcy, a nie kościste żywe trupy. I że do dziś miała w pamięci pewien wieczór, kiedy podawana z rak do rąk płynęła nad głowami tłumu i nagle zwymiotowała. Rzucono ją wtedy na głowę, ale i tak w śmierdzącej moczem i trawą toalecie zaliczyła jakiegoś faceta, którego nie widziała nigdy przedtem ani nigdy potem.
To znaczy, chyba nie. Uśmiechnęła się do siebie w duchu. To tylko dowodzi, że młodzi nie zjedli wszystkich rozumów, prawda?
*
Ale po godzinie miała już dosyć. Dudnienie nad głową dawało się wytrzymać, dopóki zerkała na ekran jednym okiem (przez chwilę muzyka nawet trochę przycichła, co mogło znaczyć, że zabrał się do lekcji, a z czego należało się cieszyć), ale wkrótce poziom dźwięku znów poszybował w górę, a ona właśnie zabierała się do obejrzenia powtórki odcinka serialu Prezydencki poker, którego wcześniej nie widziała. Aby orientować się w nagłych zwrotach akcji i nadążać za trajkocącymi jak karabin maszynowy aktorami, potrzebne były spokój i wolna od trosk głowa. A poza tym o wpół do dziesiątej przestawało to być zabawne.
Zaczęła od wrzaśnięcia w stronę sufitu (pokój Josha mieścił się bezpośrednio nad salonem), ale nic nie wskazywało na to, żeby ją usłyszał. Westchnęła, odstawiła talerz z resztką przekąsek na stolik i zdjęła nogi z kanapy. Na schodach miała wrażenie, że musi pokonywać fizyczny opór ściany dźwięku. Podeszła do drzwi i załomotała.
Po chwili otworzyły się i stanął w nich chudy chłopak z niezwykłą fryzurą na głowie. Przez ułamek sekundy Gina niemal go nie rozpoznała. Stojąca przed nią postać nie była już chłopcem i Gina uświadomiła sobie nagle, że wraz z Billem dzielą teraz dom nie z dzieckiem, a z młodym mężczyzną.
— Kochanie — zaczęła. — Nie chcę się wtrącać do twoich gustów, ale skoro już musisz słuchać tak głośno, może masz coś bardziej przypominającego muzykę.
— Hę?
— Ścisz to!
Uśmiechnął się kwaśno, cofnął w głąb pokoju i ściszył dźwięk przynajmniej o połowę, co na tyle ją ośmieliło, że weszła do środka. Zdała sobie sprawę, że od dawna nie była w tym pokoju razem z nim.
Lata temu spędzali tu z Billem całe godziny, siedząc na podłodze i z zachwytem wpatrując się w paruletniego brzdąca, który na chwiejnych nóżkach łaził po pokoju i co chwila przynosił jakiś przedmiot z triumfalnym „Ma!”. Pamiętała też, jak później otulała go w łóżeczku i czytała bajkę albo dwie, albo trzy, i jak w pierwszych latach szkoły siadywał tu na łóżku i rozwiązywał zadania z arytmetyki.
Jakiś rok temu reguły się zmieniły i od tej chwili wszystkie wizyty w jego pokoju celem zmiany pościeli czy zabrania do prania sterty brudnych T-shirtów odbywały się już pod jego nieobecność. Zresztą miała w pamięci własne doświadczenia z okresu dorastania i chcąc uszanować prywatność swego dziecka, starała się jak najmniej tu zaglądać.
Wśród porozrzucanych ciuchów, pudełek od kompaktów i co najmniej jednego komputera w częściach dojrzała ślady świadczące, że odrabiał lekcje.
— Jak ci idzie?
Wzruszył ramionami. Wzruszanie ramionami należało do uniwersalnego języka młodzieży, co pamiętała z własnej młodości.
— Idzie.
— To dobrze. A czego ty właściwie słuchasz?
Josh zarumienił się, jakby matka spytała, co to za jedna ta Connie Lingus, o której wszyscy tyle mówią1.
— Stu Rezni — mruknął obojętnie. — Grał…
— Wiem, grał na bębnach z Fallowem. Oglądałam ich w Astorii. Jeszcze zanim ją rozebrali. Był tak wykończony, że aż spadł ze stołka.
Z przyjemnością odnotowała, że brwi jej syna powędrowały w górę, ale starała się zachować kamienną twarz.
— Kochanie, czy dałoby się utrzymać głośność na mniej więcej ludzkim poziomie? W telewizji jest program, który chcę obejrzeć. Nie
mówiąc już o przechodniach, którym przed naszym domem cieknie krew z popękanych bębenków, a przecież wiesz, jak to fatalnie wpływa na wartość nieruchomości.
— Jasne — powiedział i tym razem autentycznie się uśmiechnął. — Przepraszam.
— Nic się nie stało — zapewniła go, myśląc jednocześnie z czułością, że jeszcze będą z niego ludzie. Bo tak naprawdę był miłym, dobrym chłopcem. Leniem, któremu jednak w końcu udawało się robić wszystko (no, prawie wszystko), czego od niego oczekiwała. Bez cienia zarozumialstwa lubiła myśleć, że obok wielu cech odziedziczonych po ojcu trochę wziął też od niej. Chłopak już teraz spędzał mnóstwo czasu, samotnie przy czymś dłubiąc, i wyglądał na najszczęśliwszego, gdy udało mu się rozłożyć coś na części i z powrotem złożyć. Bardzo się z tego cieszyła, ale miała też nadzieję, że niedługo dostrzeże u niego objawy pierwszego porannego kaca. Człowiek nie może żyć samymi algorytmami, nawet w tych zwariowanych czasach.
— No to nara — rzuciła.
Miała nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt sztucznie. Z dołu zabrzęczał dzwonek do drzwi.
*
Zbiegając po schodach, usłyszała, że jeszcze trochę ściszył muzykę. Uśmiechnęła się z satysfakcją i zadowolona otworzyła drzwi.
Na dworze było zupełnie ciemno i tylko latarnia na rogu ulicy rzucała pomarańczową poświatę na opadłe liście na trawniku i chodniku. Trzymające się gałęzi drzew niedobitki szeleściły w ostrych podmuchach wiatru, a zerwane wirowały w powietrzu i ścieliły się na uliczkach ich spokojnej rezydencjalnej dzielnicy.
Parę metrów od drzwi ujrzała wysoka sylwetkę w długim ciemnym płaszczu.
— Tak? — rzuciła.
Zapaliła światło na ganku i przyjrzała się przybyszowi. Stał przed nią mężczyzna pod sześćdziesiątkę, z krótkimi ciemnymi włosami i ziemistą cerą. Jego ciemne, niemal czarne oczy były tak pozbawione głębi, jakby mu je domalowano do twarzy.
— Szukam Williama Andersona — powiedział.
— W tej chwili go nie ma. A pan kto?
— Agent Shepherd, FBI — rzekł mężczyzna i zaniósł się głębokim kaszlem. — Pozwoli pani, że wejdę?
Gina nie miała zamiaru pozwolić, on jednak, nie czekając, wszedł na ganek, wyminął ją i ruszył do środka.
— Zaraz, chwileczkę. — Zostawiła otwarte drzwi i podążyła za nim. — Chciałabym najpierw zobaczyć pańską odznakę.
Mężczyzna wyjął portfel i otworzył go, nawet na nią nie patrząc. Omiótł wzrokiem pokój i zatrzymał spojrzenie na suficie.
— O co chodzi? — Gina bez trudu dojrzała trzy duże litery na odznace, ale nie miała pojęcia, czego w ich domu szuka agent federalny.
— Muszę porozmawiać z pani mężem — odparł mężczyzna. Jego pozbawiony emocji ton jeszcze bardziej zwiększał absurdalność sytuacji.
Gina ujęła się pod boki. W końcu to jej dom.
— Mówiłam, że go nie ma.
Mężczyzna obrócił się ku niej, a jego pozbawione wyrazu oczy nagle rozbłysły.
— Pani mówiła, a ja usłyszałem. Chciałbym wiedzieć, gdzie jest. I chcę się rozejrzeć po domu.
— Akurat! Nie wiem, co pan sobie wyobraża, ale…
Jego ręka wykonała tak gwałtowny ruch, że Gina nawet go nie dostrzegła. Dotarło to do niej dopiero, gdy dłoń zacisnęła się na jej szczęce jak imadło.
Tak ją tym zaskoczył, że gdy zaczął ją powoli ciągnąć ku sobie, nawet nie pisnęła. Potem jednak zaczęła krzyczeć, tyle że ucisk nie pozwalał jej wyartykułować ani słowa, toteż z jej ust wydobywał się tylko modulowany dźwięk.
— Gdzie on to ma? — Dotychczasowa obojętność nie znajomego przeszła niemal w znudzenie.
Gina nie miała pojęcia, o co pyta. Próbowała się wyrywać, waląc go pięściami, kopiąc i szarpiąc głową tam i z powrotem. Wytrzymał niewiele ponad sekundę, potem zamachnął się drugą ręką i wymierzył jej cios w bok głowy. W uszach usłyszała metaliczny brzęk, jaki towarzyszy odpadającemu na jezdni kołpakowi, i nogi się pod nią ugięły. Podtrzymał ją, nie pozwalając upaść, i jednocześnie wykręcił jej szczękę z taką siłą, jakby chciał ją wyłamać.
— I tak to znajdę. — Słyszała jego głos, czując jednocześnie, jak coś wciska jej się w bok głowy. — Ale możesz zaoszczędzić mnie i sobie trochę czasu i fatygi. Gdzie on to ma? Gdzie jest jego pracownia?
— Ja… nie wiem…
— Mamo?
Gina i napastnik odwrócili się jednocześnie. Na schodach stał Josh. Na jego twarzy malował się grymas niedowierzania i chłopak nerwowo mrugał oczami.
— Puszczaj moją mamę!
Gina chciała mu powiedzieć, żeby wracał na górę, żeby uciekał, ale z jej ust wydobył się tylko rozpaczliwy jęk. Mężczyzna wsadził drugą rękę do kieszeni płaszcza i zaczął z niej coś wyciągać.
Josh zeskoczył z ostatnich stopni, ruszył w stronę napastnika.
— Puszczaj moją…
Gina zdążyła tylko pomyśleć, że jednak źle go oceniła. Jej syn nie był mężczyzną. Wyrósł i wyszczuplał, ale wciąż pozostawał dzieckiem. A potem padł strzał, który trafił go prosto w twarz.
Krzyknęła, a właściwie próbowała krzyknąć. Mężczyzna zaklął pod nosem i ciągnąc ją za sobą, wrócił do drzwi frontowych i zatrzasnął je nogą.
Potem pociągnął ją z powrotem do pokoju, gdzie na podłodze leżał jej syn szarpany konwulsjami. Miała wrażenie, jakby w głowie
rozjarzyło jej się olśniewające, pulsujące światło. W tym momencie mężczyzna wymierzył jej cios prosto w szczękę i na moment wszystko zgasło.
*
Minęła może sekunda, może parę minut.
Poczuła, że przytomnieje, i stwierdziła, że siedzi na podłodze oparta plecami o kanapę, na której dziesięć minut temu na wpół leżała z podwiniętymi nogami. Przewrócony talerz z przekąskami był w zasięgu ręki, szczękę miała tak obolałą, że nie mogła nią poruszyć. Czuła się tak, jakby ktoś jej wepchnął do uszu długie grube gwoździe.
Napastnik kucał obok Josha, którego prawa ręka wciąż konwulsyjnie drgała, rozmazując po podłodze płynącą z głowy krew.
Do nozdrzy Giny dotarła woń benzyny. Mężczyzna przestał polewać jej syna z metalowej puszki, opróżnioną rzucił na niego i wyprostował się.
A potem na nią spojrzał.
— Twoja ostatnia szansa — powiedział. Czoło miał pokryte kroplami potu, choć w domu wcale nie było ciepło. W jednej ręce trzymał zapalniczkę, w drugiej pistolet. — Gdzie to jest?
Zapalił zapalniczkę, zbliżył do Josha i spojrzał jej w oczy. Gina wiedziała jednak, że bez względu na to, o co ten bandzior pyta, ona i tak nie przeżyje (...)

***
Jack Whalen odchodzi z pracy w policji i wraz z żoną Amy przenosi się do miasteczka w górach, gdzie pracuje nad swoją powieścią. Podczas podróży służbowej Amy dosłownie zapada się pod ziemię, potem nieoczekiwanie odnajduje. Jej mętne wyjaśnienia tylko pogłębiają niepokój Jacka, że coś dziwnego wisi w powietrzu. Kiedy odwiedza go dawny kolega szkolny, Gary Fisher, obecnie adwokat, i prosi o pomoc w wyjaśnieniu sprawy spadkobiercy podejrzanego w podwójne morderstwo, Jack odmawia. Fisher nie rezygnuje – zdobywa dla Jacka bardzo niepokojące informacje o jego żonie. W tym samym czasie dziewięcioletnia dziewczynka po spotkaniu z tajemniczym mężczyzną ucieka z domu. Zachowuje się jak w transie, jest agresywna; jej poczynaniami wydaje się kierować jakaś zewnętrzna siła. Wszystko, co się dzieje, spowija nastrój grozy i nadprzyrodzonej siły, za którą stoją tajemniczy „oni”…







Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger